Rozmiar tekstu

24 września
Kochanie, tak być musiało. Dzisiaj patrzę po raz kolejny na moją Górę. To najbardziej urwiste granie i przerażające przepaście z tych, które udało mi się widzieć dotychczas. Ale Ty i tak tego nie zobaczysz, a więc nie zrozumiesz. Jestem tak blisko, a jednak tak daleko. To tylko 3 kilometry, a tutaj wszystko ma inny wymiar. Mógłbym wejść, to parę kroków. Nikt za mną nie idzie. Wracam.

6228

Boże Narodzenie
Nie mogę przestać myśleć. Nienawidzę miast - są takie brudne. Muszę wrócić - Ona na mnie czeka.

3 marca
Dardżyling to piękne miejsce, ale w końcu wyruszyliśmy. Generał nami kieruje - nie lubię go - stary pryk.

17 maja
Dzisiaj chyba nie usnę. Jutro atakujemy... aparaty tlenowe, dlaczego tak się upierają. One sztucznie obniżają Górę. Ja tego nie potrzebuję.

20 maja
Każdy krok staje się coraz bardziej męczący. Tom znów zasłabł. Po cholerę wybierał się, skoro nie ma na to siły. Tylko spowalnia wszystkich. Norton i Somervell są dobrzy, chociaż liczę tylko na siebie. Jeszcze tylko parę kroków - Boże, idziemy już wieczność, a przeszliśmy tylko kilkaset metrów. Jestem słaby, kiepski, żałosny. Nie mam siły. Wracam.

24 maja
Finch poszedł z tlenem z Brucem - gentelmen w tweedowym garniturku. A może mieli rację? Boże, jeżeli oni zdobędą szczyt nigdy nie wrócę do domu. Kurwa....

29 maja
Jednak zawrócili, ale i tak doszli dalej niż ja. Chyba zacznę używać tlenu. Muszę dojść.

2 czerwca
Jest coraz gorzej. Ta piekielna góra, zimna i zdradziecka. Prawdę mówiąc, całość nie wygląda za dobrze: ryzyko jest zbyt duże, a margines sił ludzkich na dużych wysokościach - zbyt mały. Być może ponowne wejście w górę jest zwykłym szaleństwem. Ale jakże ja mogę wyłączyć się z tej gonitwy.

7 czerwca
Pada. Będzie burza. Do przodu. Czasami mam wrażenie, że to więcej niż Góra. A! Co to było, do cholery, brzmiało jak wybuch nieubitego prochu. Boże, to lawina.....

Boże Narodzenie
To moja wina. Jak mogę teraz spokojnie siedzieć przy stole i uśmiechać się do Ciebie. Siedmiu. To za dużo. To moja wina.

12 stycznia
Zaproponowali mi kolejny atak. Odmówiłem. Koniec z Nią.

13 stycznia
Wracam. To będzie bardziej przypominało wojnę aniżeli wspinanie. Należy też przyjąć, że kiedy jeszcze raz ruszymy w górę lodowca Rongbuk, to musi to być już próba finalna, na złe czy dobre.

14 stycznia
Nie spodziewam się powrócić.

23 marca
Generał się wycofał. Jest nie do pomyślenia, abym dysponując takim planem nie wszedł na wierzchołek. Nie wyobrażam sobie, że schodzę pokonany.

24 maja
Następni. Dwóch. Reszta potłuczona. Jestem bez asekuracji.

25 maja
Prawie. Ktoś woła mnie do siebie. Nie poddam się. Tutaj wszystko jest inne, nawet Bóg.

1 czerwca
Sam Lama wspominał o demonach. Nie wiem... Idę z Brucem - jest dobrze. Założymy górne obozy. Potem już tylko parę kroków. Przypomina mi się dzieciństwo. Śnieg jest wszędzie. Gdzieś tam jest jednak coś innego, nie wiem... nic już nie rozumiem

3 czerwca
Jednak wracamy. Tragarze jak zwykle zwątpili. Kurwa, dlaczego wszystko zależy od nich?!

5 czerwca
Somervell wypluwa płuca. Dobrze, że Norton się trzyma. Jutro zaatakuję. Z tlenem. Irvine idzie ze mną. Tym razem mamy zamiar pożeglować do szczytu i Bóg z nami, albo też będziemy kuśtykać aż na szczyt z zębami wyszczerzonymi na wiatr. Boli mnie gardło.

7 czerwca
Jutro startujemy. Będzie nas widać. Patrzę na niebo i na Nią. Jest inna dzisiaj. Czeka. Coraz bardziej denerwuje mnie jednak ten cień, który się pojawił tuż za Nią, jakby ojciec, który pilnuje swego dziecka. Potężny przybliżył się. Jestem przygotowany.

8 czerwca
Idziemy. Pogoda nam sprzyja, cień jakby się przybliżył. Burza? Irvine usprawnił trochę sprzęt, nie jest tak źle z tlenem. Idzie się całkiem dobrze. Cień....
Śmierć nie ma nade mną żadnej władzy.
To tylko parę kroków. Cień.... chyba jest bliżej.
Nie wiem co myśleć ani powiedzieć. To zapiera dech, jest całkiem inaczej. Wszystko jest inne. Powietrze, chmury, śnieg. Cień...
Jestem najwyżej. Nikt nie był aż tak daleko. Irvine płacze. To niesamowite. Jednak musimy wracać i to szybko. Cień się zbliża. Będzie burza.
Burzy ciągle nie ma. Jednak jest coraz ciemniej. Czuję się coraz gorzej. Boli mnie dokładnie wszystko. Cienie, ciągle widzę je, gdy spojrzę do tyłu. Nie chcę patrzeć.
Powietrze pachnie jak pole bitwy. Nie wiem, gdzie było gorzej. Tutaj jest tylko śmierć. Ona i Śmierć, cień ponad wszystkim. Niedobrze mi.
Mówiłem Irvinowi, żeby nie patrzy. Zostałem sam. Spojrzał do tyłu. Spadł. Boże, nie mogę patrzeć za siebie. Boże, daj mi siłę. Jest coraz bliżej. Śmierć.
Boga nie ma, jest tylko cień. Śmierć. Jak wygląda? Irvine spadł z krzykiem. Nie jest za dobrze.
Powietrze jest śmiercią. Jestem już blisko. Ona jest blisko. Słyszę jej oddech. Jest ciężki, równie ciężki jak mój.
Widzę ich. Jest ich coraz więcej. Nie wiem skąd się wzięli. Tuż przed mymi oczyma. Jest ich dużo jak płatki na szybie. A Ona jest już blisko.
Muszę spojrzeć.
Boże.... gdzie jesteś... to niemożliwe...... tylko śnieg na okularach.... Boże, spraw aby tak było

Tekst inspirowany listami Mallory'ego do żony i przyjaciół


Komentarz w tym Artykule
Musisz Zalogować się lub Zarejestrować aby wziąć udział w tej dyskusji.