
Przejrzałem ostatnio kampanie do Świata Mroku, które prowadziłem ja i znajomi Mistrzowie Gry. Były bardzo różne, zarówno pod względem systemu jak i o tematyki, ale znalazłem w nich pewną prawidłowość – wszystkie działy się w Europie (zazwyczaj w Polsce) albo w USA (Ew. na pograniczu Stanów i Meksyku). Z jakiegoś powodu nikt nie zdecydował się na ulokowanie kroniki w bardziej egzotycznym miejscu takim jak Indie, Nepal, głęboka Afryka czy choćby Egipt. Po głębszym zastanowieniu ma to jednak sens. W końcu bardzo trudno jest opisywać miejsca, których nie dość, że nigdy się nie widziało to jeszcze są obce pod względem kultury, mentalności czy religii. Poniższy tekst jest próbą zmiany tego stanu rzeczy poprzez danie wam opisów, pomysłów, narzędzi i zdjęć odnośnie tego jak może wyglądać kronika Świata Mroku (albo wampira, wilkołaka, maga czy dowolnego innego systemu) umiejscowiona w Indiach.
W poniższym przewodniku nie uświadczysz ani historii Indii ani naukowych objaśnień na ich temat. Jeśli będzie Ci na tym zależało znajdziesz to w książkach czy Internecie. Zamiast tego spróbuję skupić się na rzeczach naprawdę pożytecznych dla Mistrza Gry podczas przygotowywania i prowadzenia kampanii w Indiach.
Dźwięk. Dźwięk i zapach. A właściwie Smród. Smród i Hałas. Są pierwszą rzeczą, jaka wita europejczyka w Indiach. Dopiero potem dochodzą do tego jakiekolwiek bodźce wizualne, wśród których dominują śmiecie. Prawda jest jednak taka, że są one drugorzędne w stosunku do kakofonii dźwięków, jaką częstują nas Indie oraz miliarda zapachów, z których większość niemożliwa jest do zidentyfikowania.
Żeby zrozumieć, co dzieje się w Indiach trzeba to usłyszeć i poczuć.

Najsilniej obok słuchu atakowany jest zmysł zapachu. Indie bowiem śmierdzą. Śmierdzą zgnilizną i śmieciami. Moczem i kałem. W powietrzu unosi się smog, który bardzo powoli znika w gorącym, zastanym powietrzu. Wszędzie czuć spaleniznę z ulicznych garkuchni, przemieszaną z wonią potraw. Gorący wiatr niesie zapach potu i pracy, gumy, metalu i jedzenia. Od czasu do czasu przez te wszystkie zapachy przebija się woń świeżych (albo i nie) owoców i najróżniejszych przypraw, które nawet, jeśli są znane w Europie tutaj pachną zupełnie inaczej. Imbir, curry, szafran, pieprz, różne masale to dominujące, choć nie jedyne zapachy.
Indie to jednak kraj pełen kontrastów i wszystko to, co napisałem wyżej jest tylko częścią prawdy, bowiem tak brzmią i pachną tylko stare Indie. Stare, zatłoczone i przeludnione dzielnice miast, gdzie wszystko jest bardziej lub mniej zrujnowane i improwizowane, tymczasowe. Obok tego, kilkaset metrów dalej są nowe Indie. Piękne, zadbane dzielnice dla bogatych, gdzie osiedla są ogradzane i strzeżone, a na ulicach nie ma śmieci. Nie ma tu też aż tylu ludzi i riksz, przez co da się usłyszeć cokolwiek, a nozdrzy nie atakuje wszechobecny smród. Są za to drogie samochody, strażnicy i sprawdzanie tożsamości przy wjeździe na osiedle. W Świecie Mroku nowe Indie mają jeszcze większą obsesję na punkcie bezpieczeństwa i prywatności.
Gdy wreszcie przyzwyknie się do smrodu i hałasu okazuje się, że to dopiero początek. Wtedy dopiero dociera do Ciebie gorąco. Czujesz, że się lepisz, a pot spływa Ci po plecach. Nieważne, że 10min temu zmieniłeś ubranie na świeże, teraz najchętniej znowu wszedłbyś pod prysznic. I tak w kółko, chyba że pada. Jeśli pada, a właściwie leje, bo w Indiach nie istnieje mżawka, to woda leje się z nieba hektolitrami. Ulice płyną, a potoki potrafią sięgać do kostek. Wreszcie jest czym oddychać, choć powietrze nie jest chłodniejsze ani o stopień. Potem ulewa kończy się równie nagle jak się zaczęła. Przez pierwszych kilka minut dziękujesz Bogu, że zdecydował się nie zsyłać drugiego potopu, a gdy tylko skończysz, żałujesz, że przestało padać, bo znowu jest nieznośny zaduch i żar lejący się z nieba.
Zaczyna się od zgiełku żyjącego miasta i ciżby ludzkiej. Warkot pojazdów dużo bardziej wszechogarniający niż w Europie – samochodów, rikszy i motorikszy, do tego wszechobecne i nieustające klaksony otaczające ze wszystkich stron i na okrągło atakujące uszy. Do tego dochodzi dźwięk ludzi gadających, krzyczących, wołających i zaczepiających Cię na każdym kroku. Nagabują, sprzedają, oferują i pytają. W tym wszystkim pojawiają się czasem odgłosy zwierząt – mucząca krowa, szczekający lub skomlący pies, itp. Wszystkie te dźwięki nie nadchodzą z żadnego określonego kierunku. One po prostu są. Otaczają swoim chaosem, rozmiarem i brakiem podziału na strefy dźwięku. Wejście do pomieszczenia to tylko zamiana jednych dźwięków na inne, bo w pomieszczeniach warkot samochodów zamienia się w warkot wiatraków i wentylatorów.
Ponownie, nie jest to prawdą dla nowych Indii. Pobyt w nowych Indiach, czy to w dobrych hotelach, czy biurach korporacji oznacza przyjemny chłód, jeśli nie wręcz zimno klimatyzacji skontrastowane z ogłuszającym gorącem na zewnątrz. Dlatego w nowych Indiach nikt nie wychodzi na zewnątrz, jeśli nie musi.
Dzięki kamerom i aparatom dużo łatwiej jest pokazać niż opisać Indie, które są na to za bardzo chaotyczne, wymieszane. To koktajl złożony ze zbyt wielu, w dodatku źle wymieszanych elementów. Kolorowe miasta Radżastanu – niebieski Jodhpur, różowy Jaipur czy żółty Jaisalmer{niebieskie miasto.jpg} mieszają się tu z szarością i brązem metropolii, gdyż każde Indyjskie miasto to metropolia, może poza bardzo głęboką prowincją. Tu skala jest zupełnie inna. Małe miasta takie jak Jaipur mają tylko po 2,5mln mieszkańców. Ludzie są więc wszędzie. Dosłownie wszędzie. Europejskie godziny szczytu to dla Indii pusta ulica. Ludzie idą, jadą, siedzą, a przede wszystkim leżą wszędzie. Leżą na murkach i na ulicach, na straganach i sklepach. W domach i autobusach. Indie to kraj leżący i niespieszny. Tu każdy ma czas i tylko europejczykom spieszy się gdziekolwiek. Hindusi zawsze zdążą. A jeśli nie zdążą to zrobią coś jutro, albo pojutrze. W końcu mają na to cały czas świata. Dlatego budynki stoją niedokończone albo rozebrane tylko częściowo, a śmieci zalegają nie zebrane z ulic.
Widoki z Indii to przede wszystkim widoki ludzi. Są wszędzie. Wysocy, niscy, ciemniejsi i jaśniejsi, ubrani lepiej lub gorzej. Tu wszystko miesza się ze wszystkim tak, że nie da się odróżnić nikogo ani niczego. Wyłowienie konkretnej osoby z tłumu graniczy z cudem, a śledzenie kogoś w zaułkach i uliczkach miast to rzecz jeśli nie niemożliwa to na pewno bardzo, bardzo trudna i powinna wiązać się, przynajmniej na początku z modyfikatorami rzędu -3 do -5 do testów śledzenia.
Gdy już przyzwyczaisz się do nadmiaru ludzi, zaczynasz dostrzegać, że w Indiach jest jednak coś więcej. Są to znaki i reklamy. Znaki, szyldy, reklamy, neony, jeszcze więcej szyldów. Jest ich po prostu zatrzęsienie. Są widoczne na każdym kroku i zawsze, dosłownie zawsze coś reklamują.
Dopiero na szarym końcu zaczynasz dostrzegać budynki. Potrafią być piękne i szpetne. Kolorowe i na wpół zgruzowane. Standardowe niczym posiłki w McDonalds i spełniające wszystkie wyobrażenia na temat egzotyki indyjskiej. A to wszystko tylko na jednej ulicy, a ulic jest w mieście bliżej nieokreślona ilość. Szerokie i wąskie pozbawione chodników i wypełnione ludźmi, (moto)rikszami i samochodami. Ulica w Indiach to coś więcej niż tylko droga. To Miejsce przez wielkie „M”. W przeciwieństwie do Europy czy Ameryki ulica jest w Indiach wszystkim – mieszkaniem, zakładem pracy, kuchnią, miejscem spotkań, drogą, sklepem, bankiem. Ludzie rodzą się, żyją i umierają na ulicach, często nigdy albo prawie nigdy nie śpiąc w domu, czymkolwiek by on nie był. W Indiach nie ma pojęcia przestrzeni publicznej i przestrzeni prywatnej. Jedno miesza się z drugim tak, że nie sposób ich rozdzielić. Człowiek prowadzi warsztat szewski na ceracie pod gołym niebem, łatając buty i sprzedając np. podeszwy, a pół metra dalej śpi i ma swoją kuchnię, najpewniej dzieloną razem z 8 innymi osobami, które zajmują te same 3 metry ulicy co on.



Jak zwykle nowe Indie sobie, a stare sobie. Nowe Indie to kraj bogaty i bynajmniej nie przepełniony. Budowane autostrady, nowe drogi i wille bogaczy. Od Europy czy Ameryki różni
je tak naprawdę głównie kształt willi i ich rozmiar. Indie są mimo wszystko dużo tańsze, więc Ci którzy mają pieniądze mogą pozwolić sobie na więcej niż w Europie czy USA.
Dość już o samych Indiach, czas na spojrzenie przez pryzmat RPG, a przede wszystkim Świat Mroku. Przygody w Indiach to zarówno miła odskoczna od gier w Europie jak i powiew egzotyki. Podczas ich tworzenia należy zadać sobie jednak kilka pytań:

To chyba najważniejsze pytanie, które trzeba zadać przygotowując przygodę w egzotycznym kraju. Zupełnie czym innym będzie bowiem krótka wycieczka BG do Indii, a czym innym cała kampania osadzona w tym rejonie.
Krótkoterminowa przygoda powinna skupiać narrację na egzotyce Indii, na przytłaczającej różnorodności i odmienności od Europy. Nadmiar bodźców powinien, jeśli nie wręcz ogłupiać BG, to na pewno przeszkadzać we wszystkim co robią. Sceneria powinna być obca zarówno na pierwszy rzut oka, jak i po bliższym przyjrzeniu się. Gracz musi odczuć zagubienie oraz posiadać wrażenie, że nie wie o co chodzi. Tak czuje się każdy europejczyk na początku swojej przygody z Indiami.
Długoterminowa przygoda to zupełnie inna bajka. Tu nie trzeba atakować graczy non-stop egzotyką ze wszystkich stron. BG zdążą się przyzwyczaić do tego jak wyglądają i żyją Indie. Przywykną do smrodu, więc zostanie o tym wspomniane, to w konkretnym celu. Tak samo gracze przywykną do tłumów czy szyldów. Zaczną widzieć pojedynczych ludzi, budynki, itd. Egzotyka Indii stanie się mniej nachalna, dążąca do stania się normalnym tłem. Oczywiście nie stanie się to od razu, a dopiero z upływem czasu.
Znowu pytanie o czas. Tym razem jednak chodzi o coś innego. W poprzednim punkcie chodziło o czas świata gry, tym razem zaś parę słów należy się czasowi poza grą. Zupełnie inaczej przygotowuje się pojedynczą przygodę, a inaczej kampanię. Dwa istotne punkty przy projektowaniu przygód osadzonych w egzotycznych krajach to Bohaterowie Niezależni i miejsca.

Wiadomo nie od dzisiaj, że pojedyncza przygoda może obyć się z niewielką ilością Bohaterów Niezależnych, których można przygotować przed sesją, ale kampania wymaga co najmniej kilku wyrazistych postaci i kilkunastu (kilkudziesięciu nawet) pomniejszych. W wypadku Indii obsada trzecioplanowa będzie zmieniać się jak w kalejdoskopie. Nawet pozostając w tym samym miejscu BG mają niewielką szansę natknąć się na tych samych hindusów po raz drugi, no może poza właścicielami hoteli/knajp. Z drugiej strony tworzenie miliona pomniejszych Bohaterów Niezależnych może być dość męczące i bądź co bądź czasochłonne. Najlepiej jest przygotować kilku Bohaterów Niezależnych i zmieniać im imiona stosowni e do potrzeb. Nie jest konieczne zmienianie ich wyglądu, czy zachowania. Dla europejczyka i tak wszyscy hindusi wyglądają bardzo podobnie.
Podobnie, choć nie identycznie ma się sprawa z miejscami. Podobnie, gdyż kampania jak zwykle potrzebuje ich więcej, ale nie aż tak jak mogłoby się wydawać. Tak naprawdę ilość ważnych dla graczy miejsc w przygodzie jest ograniczona i to w nich dzieje się cała akcja. Reszta to albo wypełniacze albo dekoracje. Podczas kampanii można się nimi nie przejmować– lokacje powstaną same w miarę trwania gry. Gorzej jest przy pojedynczej przygodzie. Tutaj należy poświęcić paręnaście minut na przemyślenie tła tak, żeby dobrze współgrało z tematem przygody. W jednostrzale BG i tak będą zagubieni, choćby z powodu nadmiaru bodźców, ważne jest więc pokazywanie im możliwości do zrobienia czegoś/pójścia gdzieś.
Ostatnia bardzo ważna rzecz, którą trzeba rozważyć (najlepiej z graczami) to tworzone postacie. Banał prawda? Ano nie całkiem. W wypadku przygody/kampanii osadzonej w Indiach/Chinach/Tajlandii czy innym egzotycznym kraju to, kim będą Bohaterowie Graczy zmienia absolutnie wszystko. Większość tego tekstu nie ma znaczenia, jeśli gracze zechcą wcielić się w postaci miejscowych. Nie będą wtedy mieć problemu z tłumem , temperaturą czy nadmiarem bodźców. To ich świat i nie będą się tam czuć w żaden sposób obco, w końcu są u siebie. Gdy gracze zechcą wcielić się w postaci lokalnych, dobrze jest namówić ich na „lekturę dodatkową” ,tak żeby mieli jakieś pojęcie o tym w kogo przyjdzie im się wcielać.
Ze swojej strony polecam jednak zostanie przy postaciach przyjezdnych, które z jakiegoś powodu przyjechały i/lub utknęły w Indiach wplątując się przy tym w cały dziwny zbieg wydarzeń nazywany przygodą.
Ze względu na specyfikę Indii każdy BG niepochodzący z Azji po przyjeździe do Indii dostaje -1 do wszystkich testów Czujności przez pierwsze 7dni ze względu na nadmiar bodźców. Dodatkowo każdy przez pierwsze 48h dostaje karę -1 do wszystkich testów ze względu na konieczność przywyknięcia do zupełnie odmiennego klimatu.
Ten nieco chaotyczny artykuł to jedynie wierzchołek góry lodowej. Indie ( i cała reszta świata orientu) są o wiele bardziej różnorodne i niemożliwe do opisania, niż może się wydawać po lekturze jakichkolwiek tekstów na ten temat. Mimo to mam nadzieję, że zamieszczona garść porad pomoże zacząć planować RPGową wycieczkę do Indii.