Rozmiar tekstu

Świat Mroku

Tredecimo o inicjacji w Bractwie Mamona, tajemnicach i nagłym wezwaniu:
Kolejnego dnia, nie przejmując się tymczasowo tajemniczymi zaproszeniami, udaliśmy się zgodnie z planem do siedziby Loży, aby uczestniczyć w ceremonii przyjęcia nowych członków do tego elitarnego zgromadzenia bardzo ekscentrycznych bogaczy.
Kult spotykał się w całkiem ładnym dworku na uboczu, ściślej – w jego podziemiach. Wejście przez maskującą beczkę wina w piwnicy, ciemność, wzorzyste szaty i tym podobna otoczka, tak patetyczna, że aż śmieszna. Okultystycznych symboli jak na lekarstwo, za to wszędzie wyraźnie widoczny inny kult: pieniądza. Zgromadzenie nie wyglądało zbyt groźnie – głównie starzejący się, milczący mężczyźni w garniturach znanych projektantów i o smutno-znudzonych oczach z niegasnącym błyskiem chytrości i żądzy władzy. I pieniędzy, naturalnie - nie zapominajmy o pieniądzach.
Zostaliśmy powitani godnie przez samego Baltasara. Nie wykazywał zbyt wielkiego entuzjazmu, ale starał się być miły. I wyraźnie był zainteresowany, zaintrygowany nami. Zdecydowanie bardziej, niż resztą towarzystwa. Wraz z Henrym udaliśmy się do komnat, w których nowicjusz miał zostać przygotowany do inicjacji. To dopiero był pokaz patosu, bezsensu i szaleństwa... Kąpiel w pieniądzach, nacieranie pieniędzmi, modlitwy do pieniędzy – ci niby-iluminaci naprawdę byli nawiedzeni!...
Kolejną godzinę spędziliśmy na bankiecie, wśród rozmawiających o biznesie i pieniądzach leciwych dżentelmenów. I z towarzyszeniem odrobiny okultystycznego bełkotu, rzecz jasna – jakże mogłoby go zabraknąć w tym towarzystwie.
Gdy Baltasar zaprosił nas na prywatną rozmowę w swoim własnym pokoju-biurze we dworze, nabrałem nadziei na konfrontację i uzyskanie wyjaśnień. Nie dane mi było jednak nic z tych rzeczy. Usłyszałem (lub wyczułem... nie wiem, jak) Pana Wanga, proszącego mnie o pomoc i zapraszającego do swego Sanktuarium. Chodziło o Franceskę. Nie wahałem się długo i, przeprosiwszy gospodarza, wyszedłem do samochodu, skąd w ten sam co zawsze niewiadomy sposób zabrany zostałem na miejsce.
Jak się okazało, Pan Wang musiał niebawem opuścić to domostwo, jak zapowiadał już wcześniej. Opracował już i przygotował rytuał, mający umocnić Franceskę na ten czas – ale aktualnie powstał problem, z uwagi na obudzoną w niej na nowo Lukrecję. Musiałem dać Chińczykowi chwilę na ostatnie przygotowania, podczas których miałem utrzymać kobietę z dala od Sanktuarium.
Nie było to łatwym zadaniem. Musiałem podjąć jej ryzykowną grę, stale jednak starałem się trzymać myśli, że Francesca jest tam i słucha każdego mojego słowa, jakie wypowiadam w kierunku ciała pozostającego pod kontrolą Lukrecji. Niewiele brakowało, bym stał się zabawką w dłoniach kobiety-demona, ale w samą porę Pan Wang przeniósł nas oboje do kręgu w Sanktuarium i rozpoczął inkantacje.
Z początku nie było tam Franceski. Musiałem słowem i myślą rozbić obraz Lukrecji, by ujawniła się znana mi już postać w bieli, będąca dobrą jaźnią Franceski w - jak mniemam - jej umyśle. Postarałem się, jak wcześniej, uspokoić ją i skierować w stronę światłości. Udało się, chyba nawet wyraźniej, niż poprzednio.
Pan Wang wyraźnie się spieszył. Powiedział, że wierzy w skuteczność rytuału, przynajmniej na pewien (raczej dłuższy) czas. Tymczasem nakazał nam opuścić swoją posiadłość, obiecując odesłać do przyjaciół.
Zjawiliśmy się niespodziewanie na hotelowym korytarzu. W weneckim hotelu, który dobrze znałem. Ale odmienionym... Wcześniej było tam zdecydowanie mniej ołowiu w ścianach. Kule dosłownie przeorały korytarz, na tapetach widać było bryzgi krwi i ogólnie wnętrze sprawiało wrażenie, jakby doszło tu co najmniej do małej wojny gangów. I choć teraz nie rozlegał się żaden dźwięk, zamarliśmy w przerażeniu. Cokolwiek się wydarzyło, nie miałem wątpliwości, że moi przyjaciele byli w samym centrum wydarzeń...
A teraz my dołączyliśmy do nich.


Quattuordecimo o tym, który przybywa ze Wschodu, o tym, który jest stąd, o mafijnym biznesie i niemożliwych do zignorowania kultach:
Z duszą na ramieniu, a Franceską na ramienia odległość, podkradłem się pod drzwi pokoju hotelowego naszych przyjaciół. Były uszkodzone, a dodatkowo upstrzone świeżą krwią. Mdlący zapach krwi przenikał zresztą cały korytarz. Z wahaniem i lekkim obrzydzeniem ująłem za klamkę i ostrożnie uchyliłem drzwi.
Moim oczom ukazał się widok niecodzienny, ale nie tak przerażający, jak się obawiałem. Na środku pokoju klęczał Tom. Był ciężko ranny, ale przytomny. Nie zdziwiło mnie to zbytnio – nieraz pokazał już swą wytrwałość i lojalność wobec Henry'ego. Ten stał obok, trzymając się za brzuch, również krwawiąc, i wbił nieobecny wzrok w podłogę. Vincenzzo zaś, w towarzystwie nieznanego mi osobnika o wschodnioeuropejskich rysach i śniadej karnacji, siedział na łóżku. Związany. Nieznajomy trzymał broń, celując do niego – choć odniosłem wrażenie, że czyni to jakby... bez przekonania. Nie starałem się nawet tego zrozumieć. Skupiłem się na faktach i postanowiłem jak najszybciej pomóc rannym.
Gdy wszedłem, ku zdziwieniu wszystkich, dodatkowo w towarzystwie Franceski, mężczyzna na kanapie odkładał broń, Po chwili rozwiązał Vincenzza i starał się nie przeszkadzać, gdy przystąpiliśmy do zajmowania się rannymi. Tom w końcu stracił przytomność i wiedziałem, że ja wiele mu nie pomogę – tu potrzebny był lekarz, a najlepiej cały sztab lekarzy. Vincenzzo zadzwonił po prostu do recepcji i poinformował, że doszło do strzelaniny, są ranni potrzebujący natychmiast karetki, a windą zjechać powinny przed chwilą trzy trupy. Nie chcę nawet sobie wyobrazić, jak to musiało brzmieć dla pracownika przy telefonie... Henry wymagał jedynie pomocy przy zatamowaniu krwawienia – niebawem zresztą i on zemdlał.Obu rannych zabrała karetka, pojechał z nimi także Vincenzzo. Przedtem udzieliliśmy jeszcze szybkich wyjaśnień policji, która była wyraźnie wstrząśnięta drugim już w ostatnim czasie atakiem na angielskiego dyplomatę (sam byłem wstrząśnięty dowiadując się, że to nie pierwsza strzelanina, w jaką wplątał się w ostatnich godzinach Henry i pozostali), po czym funkcjonariusze pojechali kompletować ekipę dochodzeniową.
Zagadnąłem nieznajomego, wciąż siedzącego jakby nigdy nic na kanapie, co tu właściwie robi. Przedstawił się jako Juri Orłow i wspomniał pobieżnie, że sprowadziły go tu interesy do Henry'ego White'a. Interesy - co podkreślił – nieco innej natury niż te, które miała Cosa Nostra. Ta bowiem sławna mafia włoska była odpowiedzialna za dwa zamachy na pracownika ambasady. Rzuciwszy krótkie pożegnanie, mężczyzna wyszedł z pokoju, by już tam nie powrócić. Zostałem sam z zapomnianą, przerażoną i podobnie jak ja nierozumiejącą nic z tego wszystkiego Franceską. Niedługo jednak siedzieliśmy w pokoju – niebawem zadzwonił Vincenzzo, mówiąc, że Tom i Henry są właśnie operowani, a my powinniśmy zjawić się w szpitalu. Nie spierałem się z nim – łatwo było się domyśleć, że ten, kto wysłał trzech zabójców z Cosa Nostry będzie bardzo niemile zaskoczony, gdy ci nie wrócą. I nie omieszka wysłać kolejnych, by sprawdzili, co się stało...
W szpitalu spotkaliśmy Henry'ego, już przytomnego, w towarzystwie Vincenzza i kolejnego nieznajomego. Nosił on koloratkę, przedstawiał się jako Antonio Notte i twierdził, że trafił tu zrządzeniem losu. Po dłuższej rozmowie okazało się, że jego rodzina również miała niemiłe epizody w życiu za sprawą Cosa Nostry. Jako ksiądz z Wenecji wiedział swoje o mafii i gdy tylko usłyszał o rannych ze strzelaniny, postanowił zajrzeć i zaofiarować wsparcie - choćby w formie rozmowy i modlitwy.
Tymczasem Tom wciąż był na sali operacyjnej – lekarze walczyli o jego życie, nie dając jednak wielkich nadziei na szybki powrót do zdrowia. Nawet taki facet jak on nie przestąpi z lekkością nad tak dogłębną znajomością z kilkunastoma pociskami z broni automatycznej.
Wiedziony nagłą potrzebą zapewnienia nam wsparcia, zadzwoniłem sprzed szpitala do Stanley'a. Poinformowałem go, w jaką sprawę się wplątaliśmy – nie wydał się zaskoczony, że znów coś nam się przytrafia – i poprosiłem o możliwe pchnięcie naprzód śledztwa z jego stanowiska. Obiecał sprawdzić, co da się zrobić.
Spytałem o jego własne śledztwo, by usłyszeć – co z kolei nie zdziwiło mnie – że za porwaniami stoi najprawdopodobniej pewien kult... Obiecaliśmy sobie pozostać w kontakcie i informować się o postępach lub jakimkolwiek rozwoju sytuacji.
Poprosiłem go też, by w razie milczenia z mojej strony odnalazł nas.
I pochował.

Quindecimo o nowym zagrożeniu i o posępności pewnych starych murów:
Gdy lekarze zgodzili się wypisać Henry'ego ze szpitala, Vincenzzo zaprosił nas wszystkich do... kamienicy, którą niedawno nabyli z Henrym z myślą o zamieszkaniu w Wenecji “na swoim” (przynajmniej przez kilka miesięcy, a jeśli pozwolą na to okoliczności, to kto wie, może i lat). Niespodziankom nie było więc końca – ale czemu nie, ta przynajmniej była szczęśliwa.
Budynek, położony w jednej ze spokojniejszych, starszych dzielnic miasta, nie wyglądał źle mimo wyraźnego opuszczenia przez parę ładnych lat. Kilkupiętrowa kamienica jednocześnie ładnej i praktycznej budowy sprawiała miłe wrażenie monumentalności i przytulności zarazem – coś możliwego jedynie w przypadku kamienic.
Najbardziej wyraźnym mankamentem był brak kilku szyb, uszkodzenie drzwi i ogólny wystrój pomieszczeń, zwłaszcza fatalny stan nielicznych i tak mebli. Tym jednak mogliśmy zająć się w najbliższych dniach – póki co najważniejsze było to, że wreszcie mamy dach nad głową (i to w miejscu, o którym nie wiedzą jeszcze ci wszyscy poszukujący nas szaleńcy), nasz własny kąt, nasze małe sanctum pośród zdesakralizowanego świata pełnego zła...
Obejrzeliśmy cały budynek, naradziliśmy się co do jego remontu i przystosowania do naszych potrzeb, po czym uprzątnąwszy nieco kilka pokoi postaraliśmy się jakoś urządzić i zadomowić.
Coś nie podobało mi się w tym miejscu, trudno było mi powiedzieć jednoznacznie, co to takiego – wyczułem jednak jakąś złowrogą aurę jakby czegoś potężnego i świętego, nieczystego jednak w tej chwili i zasnutego przez mrok... Powiedziałem sobie, że warto przyjrzeć się tej sprawie podczas przygotowań do remontu. Wiedziony ciekawością i niejasnym przeczuciem, obiecałem sobie też dowiedzieć się jak najwięcej o historii tej konkretnej weneckiej kamienicy.
Zmęczeni mnóstwem traumatycznych przeżyć minionego dnia (nie wspominając o kilku ostatnich tygodniach wspólnej walki o przetrwanie w jakże nieprzyjaznym nagle świecie...), położyliśmy się spać, niespecjalnie nawet przejęci brakiem komfortowych warunków. Mnie wystarczył fakt, że śpię w łóżku i we własnym pokoju, z dala od niebezpieczeństw. Ach, jakże się myliłem...
W środku nocy obudził nas krzyk Franceski – ktoś był w budynku i dostał się do jej pokoju. Wpadłem tam wraz z Henrym, a po chwili dołączył też do nas Vincenzzo, by ujrzeć trzech czarno odzianych napastników pochylonych nad nieprzytomną kobietą. Co było do przewidzenia: doszło do konfrontacji, a że bandyci najwyraźniej nie spodziewali się oporu i działali chaotycznie – szybko okazało się, że mamy pod nogami trzy ciała zbrojnych w dziwne ostrza włamywaczy. Natychmiast zająłem się Franceską – okazało się jednak, że na szczęście nic jej się nie stało, po prostu emocje wzięły górę i zemdlała w obliczu zagrożenia.
Postanowiliśmy ukryć ciała w piwnicy (szczęśliwie, wyglądało na to, że nikt poza nami nie wiedział o nocnych wydarzeniach w kamienicy, za oknami Wenecja spała swoim zwykłym niespokojnym snem), a następnego dnia głowić się, jak pozbyć się problemów. I to nie tylko w postaci owych “gości” - bowiem, co szybko zrozumieliśmy, zwiastowali oni zupełnie nowe kłopoty ze strony kolejnego mrocznego kultu. Noże, jakimi zamierzali dokonać masakry na mnie i moich przyjaciołach, bez wątpienia były narzędziami rytualnymi. Dokładne przyjrzenie się sprawie zostawiliśmy jednak na rano – rozsądek kazał wyspać się porządnie, pierwszy raz od wielu dni. Ustaliliśmy tylko warty, dla bezpieczeństwa czuwając na zmianę przez resztę nocy.
Rano, po przyrządzonym w kuchni kamienicy śniadaniu – wciąż bowiem mocne w nas było przekonanie o potrzebie odrobiny normalności pośród szaleństwa – Henry i Vincenzzo pojechali rozejrzeć się po sklepach za nowymi meblami i podstawowym wyposażeniem domu, Juri zaszył się na poddaszu, a ja, zostawiając Franceskę w kuchni, postanowiłem rzucić okiem na broń zabraną zabójcom. Tak jak zdało mi się, że widziałem w nocy: ostrza noży pokryte były esowatymi nacięciami, zaś rękojeści wykończone motywami węży i wzorem łusek. Czyżby jacyś opętani czciciele Seta, pod tym czy innym imieniem...?
Po powrocie przyjaciół, postanowiliśmy wraz z Henrym udać się do weneckiej biblioteki, by zapytać wszechwiedzące książki o naszych nocnych napastników. Aby dostać się do potrzebnych nam informacji, okazało się koniecznie uśpienie czujności bibliotekarki, która wykazywała niezdrowe zainteresowanie naszym niezdrowym zainteresowaniem mocno nietypowymi i mrocznymi sprawami. Jak jednak nieraz udowadniał już Henry – pieniądz otwiera niejedne drzwi, niedługo więc trwało, nim uzyskaliśmy wszystkie potrzebne dane.
Wynikało z nich jednoznacznie, że w Wenecji mieści się pewien lokal – trudno powiedzieć: bardziej burdel, zamknięty klub, czy też mocno specyficzna dyskoteka – najwyraźniej będący przykrywką dla niedużej komórki Setytów. Obaj uznaliśmy, że może okazać się słuszne odwiedzić ich w najbliższym czasie, póki niespecjalnie się nas spodziewają (przy okazji zrodził się w naszych głowach złośliwy pomysł podrzucenia im ciał zabójców – w ten sposób problem wróci do sprawiających tego typu problemy i zniknie z naszej piwnicy). Poszperaliśmy jeszcze tu i tam, uzyskując garść mniej lub bardziej przydatnych ciekawostek o kulcie, Wenecji i naszej kamienicy – po czym wróciliśmy do pozostałych.
Choć było dopiero południe, wiedzieliśmy, że będzie to kolejny ciężki dzień...

Sedecimo o iluzji normalności długiego zimowego wieczoru i o nagłym stłuczeniu jej kolorowych szkiełek:
Po spędzeniu większości dnia na sprzątaniu i urządzaniu kamienicy oraz wypytaniu lekarzy w szpitalu o stan Toma (nadal bardzo ciężki), po południu zebraliśmy się na niewielką naradę. Uzgodniliśmy, że ja i Francesca zostaniemy w domu i poświęcimy jeszcze trochę czasu na jego doprowadzanie do porządku, podczas gdy pozostali udadzą się do klubu Setytów i spróbują poszukać odpowiedzi na kolejne pytania.
Francesca zajęła się kuchnią, ja zaś zaszyłem się w piwnicy, szukając źródła owej niełatwej do nazwania aury mocy tego miejsca. Z książki przejrzanej w bibliotece miejskiej dowiedziałem się, że kiedyś w tej kamienicy dokonano jakiejś tajemniczej zbrodni. Niewiele było informacji na ten temat, czas spędzony na uważnym przypatrywaniu się wielkim pomieszczeniom podziemnej kondygnacji zaowocował jednak odkryciem. Zdało mi się, że z dość dużą dokładnością znalazłem to, co czyniło naszą kamienicę tak niezwykłą, święta i pogrążoną w złowrogich ciemnościach jednocześnie. Moja intuicja, wyostrzona dziwnym sposobem, zapewne przez doświadczenia minionych tygodni, pozwoliła mi domyślić się natury wspomnianej zbrodni i tego, co zaszło w tym domu. Ktoś niezwykły został niegdyś zamurowany w jednej ze ścian piwnicy – nie wiadomo, w jakim celu, tak czy inaczej na zawsze odmieniło to aurę tego miejsca, nadając mu atmosferę wyniosłej grozy połączonej nieodzownie z kojącym wrażeniem znajdowania się w miejscu ważnym i potrzebnym. Wciąż nie rozumiałem z tego wiele, ale zadowoliłem się przynajmniej częściowym rozwiązaniem tajemnicy.
Ponieważ przyjaciół miało nie być przez dość długi czas, powiedziałem Francesce, że idę do swego pokoju i zamierzałem pogrążyć się w lekturze i rozmyślaniach. Znalazłszy się tam, zmieniłem jednak zdanie. Na wpół urządzony już pokój obudził we mnie pewne prawie zapomniane ostatnio uczucia: zapragnąłem normalności i odrobiny spokojnego życia. Zapytałem sam siebie: “Czemu nie wprowadzić tego w życie?” i zabierając ze sobą Franceskę wyszedłem na zakupy.
W niecałą godzinę później wracaliśmy z nich z kilkoma wypchanymi siatkami, a po kolejnych dwóch kwadransach czułem się już zupełnie inaczej, ogolony i nareszcie ubrany w coś nowego i porządnego. Bezpieczniej też czułem się, mając w kieszeni to dobrodziejstwo cywilizacji, jakim jest telefon komórkowy – choć dotąd nie widziałem potrzeby jego posiadania, to teraz uznałem, że zbawienne może być w nieodległej przyszłości utrzymywanie stałego kontaktu ze wszystkimi.
Francesca, także odświeżona i jakby uspokojona nieco odmiennością tego wieczoru, ze zdziwieniem przyglądała mi się, gdy zabrałem się do wstawiania zamków w drzwiach naszych pokoi. Opowiedziałem jej o swoich myślach, pragnieniu bezpieczeństwa i normalnego życia, nawet w tak nienormalnych okolicznościach, jak nasza sytuacja. Dobrze mnie zrozumiała. Też dość miała bezczynności i napiętego oczekiwania na kolejne tragedie.
Jako że Vincenzzo, Henry i Juri wciąż nie wracali - choć lekko zaniepokojeni ich misją, wyszliśmy na kolację do pobliskiej restauracji. Choć już raz miałem okazję siedzieć wraz z Franceską przy stole kawiarni w Weronie, to spotkanie było odmienne. Nareszcie czuliśmy się normalnie, mogąc porozmawiać jak dwoje znajomych sobie osób, spotykających się w zupełnie zwyczajny wieczór po normalnym dniu, spokojnie i ze swobodą. Stale tkwiła we mnie iskra zwątpienia, tląca się i jakby ostrzegająca (“To tylko iluzja normalności!”), bagatelizowałem ją jednak. W tej chwili nie było to ważne. Tego wieczoru mieliśmy zwyczajne życie i zwyczajną rozmowę.
Powrót do kamienicy przyniósł jednak bolesną prawdę, że nic nie jest normalne w naszym życiu. Chwilę przed nami przyjechali pozostali, jak zwykle przynosząc niepokój i wieści o kolejnym niebezpieczeństwie, jakie nas ściga. Z ich ogólnego stanu i zdawkowej relacji dowiedzieliśmy się, że spotkanie nie było pokojowe. Setyci najprawdopodobniej mieli powiązania z którąś z wcześniej spotkanych przez nas sekt, próbę zaś zabójstwa Franceski wykonywali zapewne na czyjeś zlecenie. Gdy wywiązała się walka, Vincenzzo, Juri i Henry musieli ratować się ucieczką, przy okazji jednak udało im się zdezorientować kultystów i doprowadzić do poważnego zdemolowania lokalu (z niemałą też dumą pokazywali pięknie zdobiony rytualny sztylet, zabrany z jednej z sal, mówiąc, że bardzo przydał im się podczas odwrotu). Dodając do tego zrealizowanie planu podrzucenia czcicielom węża trzech ciał napastników z dnia poprzedniego - dawało to dość pozytywny dla nas obraz. Zwieńczyliśmy więc dzieło wprowadzania chaosu w szeregach prześladowców po prostu anonimowo zawiadamiając policję o sytuacji w klubie. Teraz pozostało tylko czekać na efekty.
Zdarzenia następnego dnia miały jednak sprawić, że zupełnie zapomnimy o Setytach...


Duodevicesimo o karnawale, biegu ulicami, obudzeniu się zła i tajemnicy spotkania:
Rano następnego dnia z gazet (“Tajemniczy kult w mieście!”, “Czy to 'Węże' odpowiadają za zabójstwa na ulicach?” - krzyczały tytuły z pierwszych stron) dowiedzieliśmy się, że sprawa Setytów jest obecnie wnikliwie badana przez policję i prawdopodobnie mamy ich z głowy na dobre, przynajmniej w Wenecji. Zajęliśmy się więc spokojnie doprowadzaniem swoich pokoi do stanu coraz bardziej sprzyjającego zadomowieniu się w kamienicy. Juri, zatrudniony tymczasowo przez Henry'ego jako ochroniarz pod nieobecność Toma, porządkował na poddaszu przejęty po agencie SAS-u arsenał z furgonetki. Henry i Vincenzzo szykowali swoje pokoje i planowali przyszłość kamienicy – ku mojemu zdziwieniu, choć niewiele zrozumiałem z pochwyconych przypadkiem urywków rozmowy, planowali połączyć w niej dom i źródło zarobków. Cóż, zostawiłem to im – znają się na inwestycjach znacznie lepiej ode mnie. Francesca przyjęła moją pomoc przy meblowaniu swojego pokoju, którą zaoferowałem, gdy już skończyłem urządzanie swojego skrawka przestrzeni życiowej.
Popołudnie przyniosło kolejną niespodziewaną wizytę Pana Wanga. Oznajmił nam, że jego misja w tych stronach, w którą częściowo byliśmy wplątani w ostatnich tygodniach, dobiega końca. Niebawem dojdzie w Wenecji do pewnych ważnych wydarzeń, przed ingerowaniem w które chciał nas przestrzec. Mieliśmy “strzec się lwów”.
Jak zawsze niewiele rozumiejąc po jego zniknięciu, chcieliśmy się naradzić. “Lwy” w Wenecji kojarzyły mi się jedynie z charakterystycznymi posągami w starym porcie. Co mogło to jednak mieć wspólnego z nami i Panem Wangiem? Trzeba było to ustalić. Skontaktował się jednak z nami ksiądz Antonio i poprosił, by ktoś odebrał go z placu miejskiego i przywiózł do kamienicy – wspólne rozwiązywanie zagadki lwów musiało więc poczekać. Po ojca pojechali Henry i Juri, my tymczasem z okien kamienicy obserwowaliśmy karnawałowy tłum gromadzący się na ulicach. Wyglądało na to, że tej świątecznej nocy Wenecja będzie żyć pełnią życia.
Tłum gęstniał - podobnie jak ciemna chmura niepokoju ponad nami... Przyjaciele nie wracali, spowolnieni przez uliczne zgromadzenia, pod oknami zaś przesuwali się coraz bardziej jakby przytępieni uczestnicy balu. Jakże cienka jest granica pomiędzy tłumem w tańcu a tłumem w szaleństwie...
Wreszcie nadjechali Henry i Juri wioząc ojca Notte, z trudem umykając - nagle zainteresowanemu samochodem - coraz dziwniejszemu tłumowi. Gdy weszli do kamienicy, ryglując za sobą drzwi, znów podjęliśmy próbę narady – lecz i ta została nam przerwana. Francesca podeszła do okna, głośno zauważyła, że karnawałowy korowód zniknął - po czym bez słowa rzuciła się niespodziewanie w kierunku schodów. Próbowaliśmy ją zatrzymać, ale wybiegła z budynku.
Nie tracąc ani chwili, popędziłem za nią. Na granicy postrzegania zdawałem sobie sprawę z tego, że kierujemy się w stronę portu. Francesca wciąż jednak zwiększała dystans, jakby gnana jakimś niezrozumiałym, silnym pragnieniem. Nie miałem innego wyboru, jak tylko podążać jej śladem. Zastanawiałem się, czy przyjaciele pojadą za nami samochodem? I co ważniejsze, kogo ścigam – Franceskę, czy Lukrecję...?
Zbliżając się do celu, kobieta zwolniła nieco, zmusiłem się więc do przyspieszenia, by dogonić ją, nim gdzieś mi zniknie. Ona jednak czekała... Gdy w kilka sekund później nadjechali Henry, Antonio, Vincenzzo i Juri, zastali mnie rozmawiającego z Lukrecją. Groziła mi, bym nie wtrącał się do jej spraw i abyśmy pod żadnym pozorem nie próbowali przeszkodzić jej w spotkaniu Davida, "Prawej Ręki Samaela". Na moje pytanie, czy nie dąży raczej do spotkania z Baltasarem, odparła, iż nic nie stoi na przeszkodzie, by spotkać tu ich obu.
Po plecach przeszedł mi dreszcz – dwaj przywódcy potężnych kultów mieli spotkać się właśnie tu i teraz, w weneckim porcie? Odniosłem niepokojące wrażenie, że właśnie robimy to, przed czym przestrzegł nas Pan Wang – ingerujemy...
Ukłuty wyrzutami sumienia, doprowadziłem do ogłuszenia Franceski/Lukrecji – bez względu na wszystko, jej obecność i działania mogły tylko pogorszyć sprawę. Dla jej i naszego bezpieczeństwa zamknęliśmy ją w bagażniku, a Juri zaparkował samochód w bocznej uliczce. Widząc nadjeżdżający obcy samochód, skryliśmy się pospiesznie w najbliższej, mocno zaniedbanej kamienicy, by z otworów jej okien obserwować rozwój sytuacji.
A było na co patrzeć...


Undevicesimo o zejściu do podziemi i tym, co nas tam spotkało:
Niemal równocześnie pojawił się jakiś człowiek nadchodzący drogą od strony portu ku bramie i dwie czarne limuzyny. Przyglądaliśmy się temu, ostrożnie wychylając się ponad parapety pustych oczodołów wyrwanych okien kamienicy. Z aut wysiadło trzech niemłodych mężczyzn w garniturach. Nie rozmawiając ze sobą, skierowali się od razu ku klucznikowi – od razu bowiem domyśliliśmy się jego roli. Zamienili kilka słów, po czym gospodarz skłonił się lekko i zaprosił ich na teren portu. Ku naszemu zdziwieniu mężczyźni odeszli ku zabudowaniom magazynów sami, zostawiając klucznika na posterunku, czarne limuzyny zaś zniknęły między kamieniczkami. Obserwowaliśmy więc dalej, czekając – nie bardzo wiedząc, na co. Może na kolejnych uczestników zgromadzenia?
Istotnie, po chwili ulicą nadeszło od strony miasta dwóch ludzi, rozmawiając żywo. Ci także powiedzieli coś mężczyźnie przy bramie, a ten wpuścił ich do środka. Gdy nadjechało niebieskie Porsche, a po nim jeszcze dwa drogie samochody, powtórzył się schemat widziany przez nas tuż po schronieniu się na piętrze.
Odczekaliśmy dziesięć minut, ale nikt więcej nie przybywał. Mogliśmy teraz uciec stamtąd, ale ciekawość okazała się silniejsza. Postanowiliśmy spróbować wejść na teren portu i dostać się na spotkanie, czymkolwiek by nie było. Jedynym sposobem zdawało się przekonanie w jakiś sposób klucznika, że jesteśmy zaproszeni.
Okazało się to niełatwe. Nie padło bezpośrednie pytanie o hasło – widocznie było ono częścią konwersacji lub też zastępowała je ona. Udało mi się jednak pozować na wiedzącego o wiele więcej, niż w rzeczywistości wiedziałem. Po dokładnym przyjrzeniu się nam, mężczyzna otworzył bramę i wysłał nas do magazynu – jakże by inaczej, stojącego mniej więcej w połowie odległości pomiędzy kamiennymi lwami... Tam niebawem dostrzegliśmy drzwi wiodące do środka. Nie było już jak się wycofać – weszliśmy do środka i zeszliśmy po schodach, kierując się szmerem wielu zaaferowanych głosów, dobiegającym z pomieszczenia pod nami.
Już schodząc w dół spostrzegłem niepokojące symbole na ścianach - “P2”. Propaganda Due. Masoni. Potężni i owładnięci żądzą posiadania jeszcze większej potęgi. Czytałem o nich kilkakrotnie. Nie spodziewałem się jednak, że ujrzę zgromadzenie tej organizacji – ale z wydarzeń tego wieczoru niczego właściwie nie mogłem się spodziewać...
Pomieszczenie do którego weszliśmy było ogromne. Zapewne zbliżone do powierzchni magazynu na górze. Tłum przed nami i wokół nas także był ogromny. Mężczyźni w różnym wieku i o wyraźnie różnych nastrojach co do spotkania, wszyscy jednak porządnie, bogato ubrani. Zupełnie jak Bractwo Mamona pod wodzą Baltasara. Zdało mi się zresztą, że widzę tu kilka znajomych twarzy.
Jedną z nich rozpoznaliśmy wszyscy. Baltasar. Kręcił się niespokojnie pośród kilku wyraźnie wypytujących go o coś młodszych masonów. Bez słowa daliśmy sobie znak, by pilnować, czy nie kieruje się do wyjścia. Wyglądało na to, że czuje się nieswojo i chętnie by stąd zniknął. Prędko okazało się, dlaczego – nagle wszyscy zwrócili się w jedną stronę i dopiero teraz spostrzegliśmy niewielkie podwyższenie z mównicą i czymś jakby stołem, przykrytym purpurowym płótnem. Przy pulpicie stał mężczyzna w średnim wieku o postawie i spojrzeniu urodzonego przywódcy. I szaleńca. Niekoniecznie urodzonego. David. Rzuciłem szybkie spojrzenie ku Baltasarowi – nie uciekał. Był raczej sparaliżowany strachem. W ogóle zmienił się nastrój i Henry ze swym ochroniarzem byli chyba jedynymi poruszającymi się ludźmi w tej części sali.
Zgromadzeni ucichli, a David zaczął mówić. Trudno mi przywołać, o czym dokładnie, starałem się wtedy skupić na wielu sprawach jednocześnie, obserwując i jego, i Baltasara, i tłum, i przyjaciół, równocześnie myśląc z niepokojem o ostrzeżeniu Pana Wanga i o zamkniętej w bagażniku, nieprzytomnej Francesce... Pamiętam jednak, że nie był to typowy bełkot fanatyka – to była mowa wodza zapowiadającego rychłe zwycięstwo, oznajmującego wielki krok na drodze do tego zwycięstwa.
To, co wydarzyło się później, trwało ledwie kilka chwil. David zwrócił się w stronę stołu, czy może raczej ołtarza, i zdjął purpurę. Rozległy się gromkie brawa, a gdy odwrócił się z powrotem do nas, przerodziły sie w okrzyki zachwytu i niedowierzania. Sam nie potrafiłem powstrzymać westchnienia podziwu. Przywódca sekty, a najwyraźniej nawet kilku sekt i jednej loży, wznosił nad głową Włócznię Przeznaczenia. Tę samą Włócznię Longinusa, którą wedle podań rzymski legionista przebił bok ukrzyżowanego Chrystusa, a która potem obrosła legendą, czyniącą z niej przedmiot pożądania wielu władców na przestrzeni wieków. A teraz okazało się, że ten artefakt wielkiej mocy i piękna istnieje naprawdę i do tego znalazł się w bardzo złych rękach...
David podjął przemowę – że nadszedł czas tryumfu i czas ukarania zdrajców loży. W tłumie za mną zawrzało – to Baltasar rzucił się do wyjścia. Szybko jednak zagrodzono mu drogę, w jego stronę powoli podążyli też Juri i Henry. Nie widziałem Vincenzza, szybko jednak go odnalazłem, gdy usłyszałem krzyk Davida.
Oto gdy schodził on w tłum, zapewne by zabić Baltasara, natknął się właśnie na Vincenzza, który wyraźnie stał mu na drodze. Gdy chciał zamachnąć się na niego Włócznią trzymaną w dłoni, ktoś trzeci złapał za drzewce. Znikąd, jak ma to w zwyczaju, pojawił się Pan Wang. Nie obdarzył zaskoczonego Davida spojrzeniem, lecz skierował swe przenikliwe oczy najpierw na Vincenzza, a potem na mnie, przeciskającego się pospiesznie przez tłum. “Uciekajcie stąd, głupcy!” - powiedział, a może powiedziało to jego spojrzenie, nie mam już pewności...
Było już za późno, dookoła rozpętało się piekło. Członkowie loży wpadli w mieszaninę szału i paniki, na poły próbując zlinczować Baltasara (którego jednak pilnowali Henry i Juri), na poły tratując się w chaotycznym biegu ku schodom. Przede mną zaś zaczęła się walka – David siłował się z początku z Panem Wangiem, prędko jednak pokazał, czemu to on był przywódcą Propagandy Due. W pewnej chwili Pan Wang uderzony drzewcem poleciał do tyłu i po chwili został przebity ostrzem Longinusa, które wzniosło się wysoko, tryumfalnie ponad jego plecami. Nie widziałem miny Vincenzza ani pozostałych, nie mogłem też widzieć własnej – czułem jednak, jakby runął jeden z filarów podtrzymujących świat. Mój świat z całą pewnością otrzymał przed chwilą okrutny cios. Rzuciłem się naprzód na pomoc przyjacielowi. Było już jednak za późno, Pan Wang dosłownie znikał w oczach.
Po chwili David zwrócił Włócznię przeciwko mnie.


Co było dalej?
Cóż innego...

Umarłem.

 


Komentarz w tym Artykule
Musisz Zalogować się lub Zarejestrować aby wziąć udział w tej dyskusji.