Patrzysz na świat odmienionym spojrzeniem, dostrzegając szczegóły znane tylko wybranym. W Twoich dłoniach spoczywa moc jego zmiany, Twoje wizje mogą stać się Rzeczywistością. Jesteś Magiem. Nadczłowiekiem lub ułomnym demiurgiem - jak to rozumiesz, zależy od Ciebie... W każdym razie musisz pamiętać, że istnieją też inni tacy, jak Ty....i mogą mieć drastycznie odmienne poglądy na życie. Od razu zaznaczę, że mój Mag nie jest mroczny, a przynajmniej nie w takim stopniu, do jakiego się zapewne przyzwyczailiście. Ma wiele wspólnego z fantastyką lat '70-'80 - główne hasła to dramatyzm i bogactwo wrażeń. Tu wszystko może się zdarzyć. Nie obawiajcie się - ten świat nie jest cukierkowy. Ale jeśli chcecie fin de siecle, zagrajcie w Wampira.
Małe wyjaśnienie dla purystów: zamiast terminu "magya" używam słowa "Magia" przez duże "M". Podręcznikowe tłumaczenie brzmi dosyć sztucznie i patetycznie, szczególnie w dialogach (lepszym odpowiednikiem słowa "magick" byłaby staropolska "magija", ale wolę zrezygnować z terminologii na rzecz stylistyki ;))))). W razie czego, na magię statyczną proponuję określenia takie, jak "szamanizm" albo "czarostwo". Miłego czytania i grania.
Motto: "Mała wojna" Lady Pank
Red XIII - Eunice Wight
Raz, dwa, raz, dwa...błotnista woda w kałuży zafalowała, omywając nierówny asfalt. Był późny, październikowy wieczór. Eunice Wight maszerowała powoli, trzymając ręce w kieszeniach, uporczywie wpatrując się w noski swoich butów. Czarne. Wojskowe. Nieco zniszczone i z rozwiązanymi sznurowadłami, obecnie zabłocone. Zastanawianie się nad tak głupimi sprawami, jak stan własnego obuwia czasem pomaga nie wpaść w panikę.
Słyszała ich kroki. Było ich pięciu - pięciu młodych byczków o wygolonych głowach. Podążali za nią przez ostatnie kilka minut, drażniąc się z nią i opóźniając wykonanie swoich aż nazbyt jasnych zamiarów. Gdyby zaczęła biec, nie zwlekaliby. Eunice zdecydowanie miała pecha, że się na nich natknęła. Ktoś mógłby powiedzieć, że sama się o to prosiła. Jej ufarbowane na czerwono włosy, spodnie w moro, naszyjnik z literą A - wszystko to przyciągało wzrok, prowokowało podobnych ludzi. A ona była z dala od swojej dzielnicy i znajomych.
Kilka działających jeszcze jakimś cudem latarni rozjaśniało mrok bladym światłem. Odrapany blok mieszkalny, wyposażony w wysokie, zardzewiałe schody przeciwpożarowe rzucał szeroki cień na pustą uliczkę. Melancholijny szmer deszczu wzmógł się, niesiona wiatrem stronica gazety zakończyła swój lot na przewróconym koszu na śmieci, osmalonym od dawno wygasłego ognia. Nikogo tu nie było. A nawet gdyby znalazł się jakiś przechodzień, nie pomógłby jej, obawiając się o własne bezpieczeństwo.
"Widzę ją. Idzie Szóstą Ulicą, jest już niedaleko."
"Czy to aby na pewno ona?"
"Tak, dokładnie odpowiada opisowi Eithne. Chyba ma kłopoty. Podejść?"
"Wstrzymaj się z bólami. Poradzi sobie."
Raz, dwa. Eunice nieznacznie przyspieszyła kroku. Nie panikować. Musi dojść do głównej ulicy, wtedy nie odważą się zaatakować. Pod warunkiem, że nie zdecydują się na to wcześniej... Dlaczego tu jest tak pusto?!
Przybrudzone odblaskowe światełka zamontowane na ustawionych w poprzek drogi barierkach dały jej odpowiedź na to pytanie. Cała jezdnia była rozkopana... Nie ma wyjścia, zupełnie jak w pułapce na szczury...
"Nie możemy dłużej zwlekać, Tim. Natychmiast mnie tam przenieś!"
"Uspokój się. Mówię, że sobie poradzi."
"A jeżeli..."
"Sam wiesz, jak niewiele dzieli ją od Przebudzenia. Zaufaj jej."
"Ale..."
"Może dotrze do ciebie, jeśli powiem to po czesku. Človeče, nezlob se."
Eunice zatrzymała się przy barierkach, oceniając rozmiary ziejącej w asfalcie czeluści. Nie da rady tego przeskoczyć i nie połamać sobie nóg. Jej prześladowcy zbliżali się powoli, słyszała wypowiadane półgłosem sprośne uwagi i chrapliwy śmiech.
Odkąd pamiętała, z najgorszych opresji ratował ją zwykle jakiś nieprawdopodobny zbieg okoliczności, łut szczęścia, dziwny traf. Na przykład na egzaminie do Spencer's High School trafiła na dokładnie te pytania, na które znała odpowiedź. Szansa była nikła, ale los najwyraźniej Eunice sprzyjał. Tym razem potrzebowała cudu. I to natychmiast.
Podchodzili, otaczając ją półkolem, widziała ich wykrzywione w uśmiechach twarze. Śmierdzieli piwem i potem, czuła to nawet z tej odległości. To się nie może tak skończyć, pomyślała. Coś się musi zdarzyć. W ostatniej chwili przybędzie policja. Albo znajdzie się jakaś droga ucieczki. Uciec, musi uciec...!
I nagle zrozumiała, w jaki sposób może to zrobić.
Pięciu gładko wygolonych zbirów z bezbrzeżnym zdumieniem obserwowało, jak ich niedoszła ofiara wsuwa się w przestrzeń jak w niewidzialne drzwi. Eunice szeptała równanie, które sprowadzało wszystkie punkty do niepodzielnej jedności. Struktura świata składała się z fraktali i dawała się oszukać. Tunele między wymiarami istniały, strzeżone przez złote smoki nieprawdopodobieństwa. Przypadek można było uchwycić niczym motyla w siatkę...
Pojawiła się kilka przecznic dalej, na zapleczu wietnamskiej restauracji, przewracając stertę kartonowych pudeł. Od razu zemdlił ją zapach smażonych ryb i nieświeżego tłuszczu. Poza tym czuła się tak, jakby cały świat wywrócił się właśnie do góry nogami, a ona była za to osobiście odpowiedzialna. Bo prawdę mówiąc była. To, czego przed chwilą nauczyła się o wszechświecie w jednym, nagłym błysku olśnienia nie dawało się opisać ani określić konwencjonalnymi metodami. Znała tylko kilka słów odpowiednich na tę sytuację i wszystkie były niecenzuralne. Zastosowała ich pełen repertuar.
Przestawała już kląć, kiedy nagle z powietrza tuż obok wyłonił się mężczyzna, używając najwidoczniej tego samego sposobu, co ona przed chwilą. Potok przekleństw posypał się ponownie.
- Brawo, brawo. - uśmiechnął się nieznajomy. - Pod względem znajomości łaciny bijesz na głowę nawet Lloyda, a to już poważne osiągnięcie.
Eunice otworzyła usta, żeby powiedzieć coś złośliwego, ale słowa zamarły jej na ustach. Właśnie dotarło do niej, jak wygląda niespodziewany przybysz i na chwilę straciła rezon. Był wysoki, szczupły i piekielnie przystojny. Długie włosy koloru dojrzałego zboża - pierwszy raz w życiu widziała coś takiego nie uzyskanego w sposób sztuczny - spływały mu na ramiona łagodnymi falami. Miał oczy niebieskie jak akwamaryna i nieomal anielskie rysy twarzy, których harmonię zakłócała jedynie mała, błękitna kropelka wytatuowana na lewym policzku. Co prawda anioły nie noszą dzwonów ani wytartych dżinsowych koszul, ale mogła się założyć, że pod ubraniem również prezentował się niczym młody bóg. Dlatego też Eunice wcale się nie zdziwiła, kiedy się przedstawił.
- Nazywam się Gabriel. Możesz mi mówić Gabi.
- Eee... a gdzie Michał i Rafael? Zostali w Niebie, czy też kręcą się gdzieś w pobliżu...? - zapytała rzeczowo dziewczyna.
Gabriel roześmiał się dźwięcznie.
- A więc zostałem wzięty za anioła. Ciekaw jestem, co na to powie siostra Veronica. Eunice spiekła raczka.
- Jeeeej....a niech mnie, ale palnęłam....
- Nie czuję się urażony, ale wiedz, że w przeciwieństwie do tego, jak wyglądam, raczej daleko mi do świętości. - oświadczył bezczelnie Gabi.
- Zaraz, chwilę. Ale wylazłeś z powietrza. - Eunice wskazała na niego palcem.
- No i co z tego, ty też. - zareplikował osobliwy rozmówca.
- Tak. - mruknęła Eunice z sarkazmem w głosie. - A wiesz, co jest najdziwniejsze z tego wszystkiego? Miałam wrażenie, że prowadzi mnie czerwony lew. Rety, co za bezsensowna scena. Przed chwilą oboje wyleźliśmy z powietrza, a teraz stoimy tu i gadamy o aniołach. Doskonały sposób na poznawanie ludzi. W dodatku podejrzewam, że mogłabym powtórzyć tę sztuczkę z teleportacją. Wystarczy, że się porządnie skupię Jasny gwint! Czy mógłbyś mi łaskawie wyjaśnić, co tu się właściwie dzieje? I czy to ma w ogóle jakiś sens?
- Wyjaśnić owszem, mógłbym. Ale ostrzegam cię, że sensu to nie ma dokładnie żadnego...
* * * * *
"Zielona dzielnica" na przedmieściach kilkadziesiąt lat temu należała do najbardziej luksusowych części Farewell. Z biegiem czasu, z różnych mniej lub bardziej konkretnych powodów podupadła. Teraz mieszkali tam głównie starsi, samotni ludzie, którzy nie chcieli się wyprowadzać - lub brakowało im na to pieniędzy.
Dom był wielki, niebywale staroświecki i sprawiał wrażenie wydobytego z innego wymiaru. Kiedyś zapewne mieszkała w nim jakaś bogata, bardzo snobistyczna rodzina; można było wyobrazić sobie odbywające się tutaj niegdysiejsze bale i eleganckie przyjęcia. Dawna rezydencja, obecnie zarosła bluszczem, sprawiała wrażenie ruiny, ogród zaś przypominał puszczę. Nikt nie przycinał wybujałego żywopłotu; oplecione pnącymi różami altanki straciły zamierzony kształt i przerodziły się w kolczasty gąszcz. Stare, na wpół zdziczałe jabłonie owocowały skąpo małymi, czerwonymi jabłuszkami, chwasty rosły pospołu z poziomkami; niemal wszędzie rozpleniły się maliny. Był to ogród - marzenie każdego dziecka i koszmar większości dorosłych. Można było zgubić się w nim niczym w labiryncie. Tylko przy samym wejściu kilka rabatek wyglądało tak, jakby ktoś się nimi zajmował. Rosły tam róże, astry i trochę warzyw - oraz młoda jabłonka, o gałązkach obciążonych niedużymi, żółtymi jabłkami, z gatunku, którego Eunice nigdy nie widziała w sklepie. Nieopodal grządek stała stara ławka. Ktoś na niej odpoczywał, jednakże ledwie było go widać zza bujnie rozkrzewionych róż.
- Jest zmęczony. - szepnął Gabriel, widząc, że Eunice spogląda w tamtą stronę. - Jeśli nie ma na to ochoty i tak nie będzie z nami rozmawiał. Lepiej go nie drażnić.
- Ale kto to jest? - spytała, unosząc brwi.
- Tim. Mój przyjaciel. Wspaniały człowiek, ale trochę nerwowy.
- Też...czarodziej? - zająknęła się Eunice. Gabriel zdążył jej już pokrótce opowiedzieć o niezwykłym sposobie zmiany świata, jakim była Magia. Jeszcze kilka godzin temu dziewczyna wyśmiałaby go albo uznała, że zwariował. Teraz wiedziała, że jeżeli on jest wariatem, to znaczy, że jej samej odbiło w taki sam sposób. Kując żelazo, póki gorące, Gabi mówił o zmienianiu Rzeczywistości, zmieniając jednocześnie kolor swoich włosów po kolei na marchewkowy, kasztanowy, czarny i z powrotem na blond. Eunice jeszcze się nie zdecydowała, czy Przebudzenie do czynienia Magii podoba jej się, czy też nie. Z pewnością widziała teraz świat inaczej; był pełniejszy, jakby głębszy, pełen tajemnic, których wcześniej nie dostrzegała. Na przykład ten ogród - dla osoby postronnej wyglądał po prostu na niebotycznie zaniedbany, ale Eunice wiedziała, że krył w sobie coś więcej. Promieniowało od niego jakimś nieokreślonym ciepłem.
Dziewczynę niepokoił nieco majestatyczny, czerwony lew podążający za nią krok w krok. Nie bała się go tak bardzo, jak powinna - był dziwnie znajomy, zdawało się, że już wcześniej zamieszkiwał dawno zapomniane sny jej dzieciństwa. Powiedział jej - a raczej pomyślał do niej, że zniknie, jeśli tylko będzie chciała i powróci na zawołanie. Nie kazała mu odejść.
Gabriel nie widział lwa, ale powiedział jej, że to normalne - on sam również miał niewidocznego przewodnika. Może wkrótce go zobaczysz, powiedział. Zdolności niektórych moich przyjaciół mogą pozwolić nam na dokonanie małej prezentacji.
Pytanie, które przed chwilą zadała Eunice wyraźnie go rozśmieszyło.
- Czarodziej? Rzadko używamy tego terminu. Owszem, jest Magiem. Przecież ci mówiłem, że nikt inny nie ma tutaj wstępu.
Gabriel wszedł po schodkach na ganek i nacisnął na dzwonek. Drzwi otworzyły się same, skrzypiąc koszmarnie.
- Witamy w Domu Wschodzącego Słońca. - rzekł Gabi, uśmiechając się szeroko.
* * * * *
Eunice przyglądała się zebranym z rosnącym zdumieniem. Słowo "mag" kojarzyło jej się z bezczelnymi czarodziejami ciskającymi ognistymi kulami na lewo i na prawo oraz nie mniej bezczelnymi czarodziejkami manipulującymi umysłami zwykłych mężczyzn z pomocą skutecznej kombinacji zaklęć oraz uroku osobistego. Towarzystwo, które rozsiadło się w jadalni przy wielkim, okrągłym stole było osobliwą zbieraniną najdziwniejszych ludzi, jakich Eunice kiedykolwiek spotkała. Procedurę zapoznawania miała już za sobą. Gabriel przedstawił jej po kolei wszystkich swoich przyjaciół, po czym głośno oznajmił, że Eunice nie wybrała jeszcze żadnej Tradycji, cokolwiek to oznaczało. Najwyraźniej magowie podlegali jakiejś klasyfikacji, prawdopodobnie w zależności od zainteresowań...a były one rozmaite.
Dookoła stołu krążyła autentyczna zakonnica, niewysoka, pulchna kobieta i serwowała wszystkim niewiarygodne ilości tostów. Nazywała się Veronica Carter i Eunice zastanawiała się, czy gdzieś już o niej przypadkiem nie słyszała. Być może po prostu skojarzyła ją z tym Carterem z podręcznika od historii (nigdy nie pamiętała, jak tamten gość miał na imię). Tuż obok dziewczyny usadowił się Lloyd o wiele mówiącym nazwisku Dark. Był to człowiek, którego większość ludzi bałaby się spotkać w ciemnej uliczce - bardzo wysoki, o ponurym spojrzeniu, zniszczonej życiem twarzy, której rysy nasuwały myśl o azjatyckim pochodzeniu i o ciemnych włosach upiętych wysoko w samurajski kucyk. Nosił długi, czarny, skórzany płaszcz i Eunice odruchowo poszukała dookoła wzrokiem gitary. Nie znalazła jej, za to dostrzegła rękojeść skrywanego pod płaszczem miecza. Eithne Rillan była czarna...ups, przepraszam - była afroamerykanką, co nie przeszkadzało jej prowadzić dojo, w którym nauczała aikido. Z tego, co słyszała Eunice, było to jedno z najlepszych dojo w mieście. Ba, nic dziwnego, skoro magia wschodnich sztuk walki ma w przypadku Eithne jak najbardziej dosłowne znaczenie.
Po drugiej stronie stołu siedziała niepozorna, ubrana w zielony żakiet kobieta o popielatych włosach. Trochę zbyt często poprawiała okulary i opuszczała wzrok w kierunku własnych kolan. Oczywiście - nie mogła się oderwać od książki, którą czytała pod stołem. Do Eunice jakoś wciąż nie dotarł fakt, iż ma przed sobą profesor Lucy Preis, jedną z najsłynniejszych osobistości ze świata nauki. Zajmowała się chyba biochemią, albo czymś podobnym, w każdym razie niewyobrażalnie trudnym. W samym kącie usiadł blondyn o niesfornej czuprynie, odziany w długi prochowiec. Miał niesamowicie przenikliwe, stalowe spojrzenie. Sprawiał wrażenie człowieka, który przeszedł przez piekło i przeżył - uśmiechał się tylko ustami, jego oczy pozostawały smutne. Nazywał się Christopher Strider. Eunice nie wiadomo dlaczego pomyślała, że na pewno jest dużo starszy, niż na to wygląda. Zapewne podobnie było też z resztą zebranych, ale w przypadku Christophera dostrzegła to niemal od razu.
- A więc jesteś z nami. Bardzo się z tego cieszę. - odezwał się Lloyd. Jego niski, basowy głos przy ostatniej sylabie przeszedł w pomruk. - Doskonała robota, Gabrielu. Podobno Technokraci byli już na jej tropie.
Na jej tropie?! Eunice zaniepokoiła się nieco.
- Lloyd, moja robota zawsze jest doskonała. - Gabriel uśmiechnął się promiennie. - Nie pomniejszaj tylko zasług Tima, to on mnie przeniósł...
- Gdzieżbym śmiał. Do niego należy większa część zasług - bez Tima nic byś nie zrobił. - wyjaśnił Lloyd.
- Kurczę, człowieku, jak ty potrafisz zepsuć przyjemność z dobrze wykonanej akcji. - naburmuszył się Gabi.
- Przepraszam, że się wcinam, ale co to są Technokraci? - spytała rzeczowo Eunice. Nie lubiła, kiedy coś przed nią ukrywano. Gabriel nie wspominał o żadnych Technokratach.
- Ci źli. - wyjaśnił Gabi. - Piorą mózgi i babrzą się w cybernetyce.
- Nic mi o nich nie powiedziałeś.
- Jakoś tak zapomniałem. - rzekł Gabriel z rozbrajającą beztroską. - Naprawdę, nie lubię o nich myśleć.
- Są naszymi przeciwnikami w Wojnie Wstąpienia. Groźni i bezduszni, odbierają światu całą niezwykłość. - odezwała się Eithne nienaganną oksfordzką angielszczyzną.
- To my mamy wojnę??? - przestraszyła się Eunice.
- Od zawsze, mała. Powinnaś zacząć się przyzwyczajać. - mruknął Lloyd.
- Cii, powoli, takie rzeczy wyjaśnia się na spokojnie. - zmitygowała go Veronica, dokładając dwa nowe tosty na jego talerz. - Wcale nie jest tak źle.
- Wojna o Pierścień. - wtrąciła bez sensu profesor Preis, unosząc zamglone spojrzenie znad książki.
- Chcą zrobić ze świata jeden wielki Mordor. A elfy odpłyną za morze. Chris, rozejrzyj się za Antonem, miał przyjść i pożyczyć mi tę twoją polską epopeję w dobrym tłumaczeniu.
- Wkrótce będą. - odpowiedział Christopher lakonicznie.
- Myślałem, że Porządek jak zwykle nas olał. - westchnął Gabriel - Ale okazuje się, że na takie wydarzenie nie mogą pozostać obojętni. Co z Timem, nie zjawi się na kolacji?
- Nie wiem, powiedział, żeby nie zawracać mu głowy. Nie chciał nawet tostów. - oczy Veroniki wypełniły się matczyną troską. - A taki z niego chudzina.
Eunice zastanawiała się, czy jak się zapyta, co to jest Porządek, znowu dowie się czegoś przerażającego. Czy przyjęcie zaproszenia Gabriela było w ogóle dobrym pomysłem? Może lepiej odmówić uwikłania się w tę ich Wojnę?!
- Porządek Hermesa to najliczniej reprezentowana Tradycja Magii w tym mieście. - objaśnił tymczasem Lloyd, dostrzegając lęk w oczach Eunice. - Nie musisz się ich bać.
- To znaczy, dopóki z nimi nie zadrzesz. - wtrącił Gabi. - Generalnie, jest ich czwórka. Anton Glenn, miłośnik historii. Preston Johns, młody i głupi, z ambicjami. Titania Faraday, śpiewa jazz i uważa, że matematyka jest słodka...
- No, w każdym razie nie jest zła. To znaczy matematyka. - wtrąciła Lucy znad książki.
Eunice jęknęła w duchu. Anton Glenn udzielał się w magazynie naukowym i prowadził w jej szkole kółko historyczne dla zainteresowanych. Preston to był ten makler z pierwszych stron gazet, cudowne dziecko giełdy. Titanię nieraz słyszała w lokalnym radiu. Miała nadzieję, że przynajmniej czwarta z tych osób okaże się kimś, z kim można pogadać.
- I oczywiście - ciągnął Gabriel - tutejszy Bruce Wayne, czyli Emily Spencer.
Eunice zatkało.
- Zaraz. - wyjąkała. - TA Emily Spencer?
- A znasz jakąś inną? - spytał Gabi, udając zdumionego.
- No ta, wiesz...właścicielka mojej szkoły i w ogóle, połowy rzeczy w tym mieście...? - dziewczyna wciąż nie mogła w to uwierzyć.
- W sumie chyba ta sama.
- Nie...nie...- złapała się za głowę Eunice. - Nie namówicie mnie, żebym z nią rozmawiała! To będzie jak u cioci na imieninach!!! A myślałam, że wszyscy tutaj są podobni do Gabriela...
- Dziękuję. - uśmiechnął się Gabi.
- Ładnie to tak deprawować nieletnich? - pogroził mu Lloyd. - A ty się nie martw, mała. Da się znieść. Zresztą Porządek i tak nas regularnie, jak to pięknie ujął Gabriel, olewa.
- Moja droga, nie przejmuj się. - zaczęła Veronica. - Emily nie jest złą osobą. Co prawda od tostów woli bliny z kawiorem, ale można się z nią dogadać.
- Ja nie chcę! - zawołała Eunice. - Macie tu jakieś wojny i maklerów, nie mówiąc już o jazzie, ja nie wytrzymam, idę do domu!
- Chwila, moment, zaczekaj. - Gabi spróbował ją powstrzymać przed wstaniem z krzesła. - Technokracja na pewno szuka cię w twoim własnym mieszkaniu. Zostań jeszcze trochę, później cię odprowadzimy.
- Nie rozumiesz! - zawyła Eunice. - Nie chcę żadnej magii, jeśli są w niej maklerzy i nauczyciele historii!
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko wykładowcom biochemii? - zapytała Lucy z troską. - Rozumiem, jak się czujesz. Ja śmiertelnie bałam się Lloyda. To mija, uwierz.
- Jeszcze wczoraj nie szukała mnie żadna Technokracja. - oświadczyła Eunice, zmierzając w kierunku drzwi. - Byłam wolna i żyłam tylko dla siebie, nie wojując z nikim. Do widzenia państwu. To mówiąc, opuściła dom i zamknęła z impetem drzwi.
Gabriel gwałtownie zerwał się z krzesła. Lloyd powstrzymał go zdecydowanym gestem.
- Nie zmuszajmy jej. - powiedział.
- Ale ona nie wie...- gorączkował się Gabi.
- Wróci. - zapewnił Mag w czarnym płaszczu. - Mogę się o to założyć.
- Biedna dziewczyna. - westchnęła Veronica. - Tyle dzisiaj przeżyła.
* * * * *
Eunice kroczyła po żwirowej ścieżce, ze wzrokiem utkwionym w swoich butach.
- Nie znoszę. - mruczała. - Nie znoszę, kiedy ktoś mną manipuluje.
- Musiałem to zrobić. - odezwał się cichy głos. - Nie będę się usprawiedliwiał. Czasami jestem po prostu podły.
Dziewczyna odwróciła się, próbując dociec, skąd dobiegał głos. Ach, prawda. Człowiek na ławce. Tim. Siedział tam, tak skulony, że w ogóle nie można było mu się przyjrzeć. Zasłaniały go różane krzewy. Podeszła bliżej. Teraz widziała go wyraźniej, ale wciąż nie mogła się zorientować, jak właściwie wygląda. Był ubrany w dżinsy i kilka warstw wyciągniętych swetrów. Prawdopodobnie młody, przynajmniej z pozoru. Zmierzwiona czupryna włosów o nieokreślonym kolorze - ni to blond, ni to brąz - skutecznie zakrywała mu twarz. Kulił się, jakby było mu zimno. Pogryzał jabłko o złotawej skórce. Popatrzyła na jego dłoń - musiał być bardzo chudy.
- Znalazłem cię. - wyjaśnił spokojnie. - Wysłałem Eithne, żeby cię obejrzała. Przeniosłem Gabriela.
- Dlaczego...? - pytanie jakoś ugrzęzło Eunice w gardle.
- Nie wiem. - chyba się uśmiechnął, ale równie dobrze mógł to być bolesny grymas. - Tak jakoś. Pewnie na złość Technokratom.
- A o mnie myślałeś? - zapytała Eunice z irytacją.
- Może tak, może nie. Chcesz jabłko? To kosztela. Nie ma już takich w Ameryce. - Tim wyciągnął jabłko w jej kierunku. Nie patrzył na nią.
Eunice uwielbiała jabłka, ale tym razem nie była w nastroju. Mimo to jej złość jakoś się ulotniła. - Dzięki, może później. Wiesz, czekają tam na ciebie.
- Niech im będzie. - westchnął Tim i dziwnie niezgrabnie przesunął się do brzegu ławki. Eunice dopiero teraz dostrzegła, że leżały tam dwie inwalidzkie kule. Sięgnął po nie powolnym, lecz pewnym ruchem, nie przyglądając się im, jakby często kładł je w tym samym miejscu. Zrobiło jej się głupio.
- Pomóc ci?
- Spieprzaj. - rzekł, nie podnosząc głosu. - Umiem sobie poradzić.
- Nno tak. - Eunice zawsze czuła się skrępowana w obecności osób niepełnosprawnych. Chyba to wyczuł, bo westchnął ze zniecierpliwieniem.
- Patrz. - powiedział, odgarniając grzywkę na kilka chwil. Górna połowa jego twarzy była cała oszroniona. Wyglądała jak zamrożona; drobne sople zwisały z brwi. Oczy miał zamknięte i najpewniej zamarznięte na kość.
Eunice zabrakło słów.
- Magia może cię też okaleczyć, jeśli masz pecha. - stwierdził beznamiętnie. - Ale i tak jest najlepszą rzeczą na świecie. Wiesz, mogę zobaczyć cię w podczerwieni, kiedy tylko zechcę. Milczysz? Dałem ci powód do strachu, co? Ha, oczywiście, to co innego, niż maklerzy. - wzruszył ramionami. - Wszystko jedno.
- Słyszałeś...? - wyszeptała Eunice.
- Każde słowo. Gabriel jak zwykle się popisywał. - Tim z wysiłkiem dźwignął się na kulach.
- Jak właściwie mnie znalazłeś...? To musiało być trudne? - zapytała. - To znaczy, przepraszam...
- Nie przepraszaj. - odrzekł. - Spotkałem cię w Sieci. Tam jestem pozbawiony ograniczeń, jeśli o to ci chodzi. Przyznaję się bez bicia, że przeszukałem cały twój twardy dysk. Ładne wiersze piszesz.
- Dz...dziękuję. - bąknęła Eunice. - Mój kumpel informatyk założył zabezpieczenia...takie łatwe były do złamania? - to zabrzmiało raczej głupio. Domyślała się, że Tim prawdopodobnie połowę swojego życia spędzał w Sieci.
- No, w każdym razie niezbyt trudne. - uśmiechnął się z udawaną skromnością. - Pewnie sama nie wiesz, ile masz tam trojanów.
Zakłopotanie Eunice nagle prysło.
- Co jeszcze potrafisz? To znaczy, oprócz teleportowania ludzi, podsłuchiwania ich na duże odległości i buszowania po Sieci?
- Noo, nie tak znowu dużo...- krygował się Tim. - Trochę majsterkuję...pomagam sobie Magią i widzę to, w czym grzebię, rzecz jasna...
- Slider. - powiedziała Eunice w przypływie natchnienia.
- Co?!
- Slider. Twoje nowe imię. Wiesz, taki serial kiedyś był.
- Nie potrzebuję nowego imienia. - zaprotestował Tim.
- A ja i tak będę do ciebie mówić Slider. - oznajmiła stanowczo Eunice.
- Czy to oznacza, że zostaniemy przyjaciółmi? - spytał Tim.
- To już od ciebie zależy. - rzekła twardo Eunice. - Postanowiłam obdarować cię ksywką w odwecie za manipulowanie moją skromną osobą. Mam nadzieję, że udzieli się pozostałym.
- A niech to. - jęknął bezradnie Tim, obecnie Slider. - Zobaczysz, ja też ci wymyślę ksywkę. Czerwony lew...zaraz...
- To też słyszałeś?!
- No cóż, trudno zaprzeczyć...- przyznał się Tim. - Jesteś trzynastym Magiem w historii miasta, wiesz? Nazwę cię Red XIII.
- Ee, to było w grze komputerowej. Idziesz na łatwiznę.
- I kto to mówi, fanka trzeciorzędnych seriali.
- "Slider" przyjmie się lepiej. Założymy się?
- Zaraz sprawdzimy.
- Sądzisz, że zostały jeszcze jakieś tosty...?
* * * * *
Jest to miejsce pełne szklanych wieżowców i starych domów, gdzie rzeczywistość styka się z Magią, a wyjątek bywa regułą Miasto, w którym słońce wschodzi wyłącznie pod osłoną chmur; prawdopodobny pierwowzór Gotham, natchnienie twórców "Kruka". Tutaj spełniają się sny i proroctwa, tu materializują się koszmary, tutaj budzą się mityczne bestie, a dawno zapomniane legendy dochodzą do głosu. Odwiedzisz je nocą; zobaczysz niebosiężne wieżowce górujące jak szklane obeliski nad wybrakowanym asfaltem; nędzne blokowiska o łuszczących się ścianach; tajemnicze zabytki z zeszłego wieku, zmurszałe i zbratane z poronionymi wytworami współczesności poprzez krzywe napisy o wyblakłych barwach i obscenicznej treści. Czym jest rzeczywistość Farewell? Czy to sterylne biura pełne wiecznie spieszących się ludzi, zimne zaułki cuchnące plwocinami i krwią, czy stare podmiejskie dzielnice, gdzie słowo "niemożliwe" traci rację bytu? A może wszystko to naraz? Gdzie ścierają się ze sobą przeciwstawne wizje, tam sprzeczności mieszkają po sąsiedzku...I nigdy nie wiesz, gdzie zaprowadzi Cię kolejny zakręt, jaką niespodziankę kryje w sobie następna uliczka. Niniejszy artykuł jest nieautoryzowanym dodatkiem do systemu Mag: Wstąpienie. Opisuje rzeczywistość oraz Magów miasta Farewell, położonego właściwie gdziekolwiek, chociaż najbardziej odpowiednie byłyby Stany. Dlaczego akurat Nowy Świat? To proste. Ameryka jest duża i bez problemu możemy tam umieścić fikcyjne miasto - takie, jakich wiele. Np. w Polsce trzeba by było zdecydować się na konkretną miejscowość, co - z różnych względów - nie wydawało mi się odpowiednie. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście zmodyfikowali Farewell dla swoich własnych celów i spolszczyli je. To miasto istnieje przecież dla was.
Legendy o nieśmiertelności czy też długowieczności osób parających się fachem magicznym od wieków zawsze szły w parze z innymi opowieściami o nich. Tak naprawdę wcale nie jest trudno ukryć przed resztą ludzi fakt, że żyje się dużo dłużej, niż powinno. Tym bardziej, jeśli można zmieniać wygląd, choćby nieznacznie. Dlatego też doszłam do wniosku, że wystarczająco oświecony Mag (wysokie Arete), obdarzony mistrzostwem w Sferze Życia, Entropii lub Czasu potrafi całkiem skutecznie podtrzymywać swoją (a w przypadku Sfery Życia także cudzą) egzystencję ponad ludzką miarę. Owocuje to trwałymi punktami Paradoksu, ale pozostaje w granicach możliwości. Wyjątkowo oświeceni są praktycznie nieśmiertelni - Paradoks niemal ich nie dotyczy. W ten sposób Magia staje się dużo ciekawsza, nie sądzicie? Oczywiście w parze z tą regułą musi iść inna - Magów w ziemskim wymiarze (w tym Technokratów i Nephandi) jest niewielu. Nie wchodzą w grę czterdziestoosobowe miejskie hordy, tak wygodne na potrzeby LARPów. Praktycznie wszyscy najsilniejsi znają się nawzajem. Rywalizacja między Tradycjami staje się dużo poważniejszym problemem i praktyką kontynuowaną jedynie przez najbardziej radykalne odłamy danych frakcji. Od was zależy, czy przyjmiecie niniejsze założenia. Kształtujecie przecież rzeczywistość, prawda?
Farewell postało jeszcze w czasach Dzikiego Zachodu, a jego nazwa ma coś wspólnego z dzielnym, rzutkim i dowcipnym szeryfem oraz rewolwerowcami regularnie opuszczającymi miasto w gustownych strojach z pierza i smoły. Tamte czasy już dawno odeszły w niepamięć, ale nazwa została, nabierając zupełnie innego, niemal mistycznego znaczenia.
Pod koniec XIX wieku Farewell było miastem Technokratów; typowym na owe czasy biednym, robotniczym zagłębiem. Miejscem, do którego przyjeżdżali ludzie ze wsi, aby ostatecznie stracić nadzieję. Pewnego dnia zjawił się tam wysoki, ponury pół - Azjata o niewątpliwie mrocznej przeszłości. Nazywał się Lloyd. Nosił przy sobie miecz i lubił go używać. Polował nocą na Technokratów i wszystkich, którzy nie pasowali do jego wizji świata. Miał jednak pecha - a może i szczęście - napotkać dwójkę nowo przybyłych do miasta Magów, Christophera i Kayę. Po wyjątkowo burzliwej dyskusji postanowił zaprzestać swoich działań. Pod warunkiem, że oboje pokażą mu skuteczniejsze metody walki z niesprawiedliwością tego świata... I tak właśnie doszło do założenia pierwszej kabały w Farewell, pod samym nosem i tak już wyjątkowo zaniepokojonych sytuacją Technokratów. Od tej pory o rząd dusz w mieście walczą dwie frakcje. Jedna pragnie dla ludzi "bezpieczeństwa", a w rzeczywistości losu łatwo dających się kontrolować automatów; druga walczy o prawo do niezależności. Obie strony od pewnego czasu pozostają w impasie i w stanie praktycznej zimnej wojny.
Jakieś trzydzieści lat temu społeczność Magów Tradycji oraz Technokratów w Farewell przeżyła ogromną katastrofę, nazywaną obecnie Mroczną Wojną. Dobrze przygotowany najazd zorganizowanej grupy Nephandi zaskoczył wszystkich (Dlaczego atakowali otwarcie...? To już inna historia...). Cena zwycięstwa była wysoka. Po stronie Magów Tradycji straciła życie Kaya; eksplozja Paradoksu przyprawiła o trwałe kalectwo Tima Hawkinsa; w niezłomnej osobowości Emily Spencer zjawiła się pierwsza rysa szaleństwa, Anton Glenn w ciągu jednej nocy postarzał się o dwadzieścia lat. Technokracja również odniosła straty.
Obecnie Magów Farewell dzieli się na pokolenie przedwojenne oraz powojenne. Magowie sprzed Wojny są dużo starsi, silniejsi i bardziej doświadczeni. Magowie, którzy przybyli do Farewell lub Przebudzili się już po wojnie będą nieznacznie silniejsi od początkujących postaci graczy lub porównywalnie silni (co wydaje się raczej jasne - Gabriel jest w końcu nieco starszy niż Eunice i Preston). Po Wojnie przez około dziesięć lat w mieście nie zjawił się żaden nowy Mag, potem nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna, tak, jakby jakaś siła wyższa postanowiła nadrobić straty z nawiązką.
A oto systematyka:
Pokolenie przedwojenne: Lloyd Dark, Kaya (wymieniona ze względu na ważną historyczną rolę), Christoper Strider, Veronica Carter, Timmy Hawkins, Anton Glenn, Emily Spencer. Pokolenie powojenne: Eithne Rillan, Lucy Preis, Gabriel Shade, Titania Faraday, Preston Johns, Eunice Wight.
Miejscowych Magów jest więc dwunastu - istnieje jednak zwyczaj zostawiania jednego wolnego miejsca na wszystkich oficjalnych zebraniach. W ten sposób Magowie oddają honory wielkiej nieobecnej, Kai.
Topologia Farewell nie jest szczególnie wyjątkowa - tak, jak we wszystkich dużych miastach, mamy tu porośnięte biurowcami centrum, względnie spokojne przedmieścia, luksusowe dzielnice, dobre dzielnice i całkiem podłe slumsy. Linia metra cechuje się dosyć zróżnicowanym stopniem obskurności, w zależności od stacji, na której się wysiada.
Pośrodku miasta mieści się spory park; w jego centrum stoi dosyć kiczowaty pomnik Franklina. Za dnia na ławkach w pobliżu głównej alejki wypoczywają zakochani, tu i ówdzie włóczą się bezdomni, z niewielką skutecznością przeganiani przez policję. Nocą ten, kto umie patrzeć, może spotkać tu niejedną dziwną istotę. Kilku miejscowych Gnatożujów obrało sobie za domostwo starą szopę na narzędzia w głębi parku. To ich azyl i terytorium - strzegą go jak warowne psy. Nad stawem mieszka młoda Malkavianka o imieniu Grace, jedna z czwórki Kainitów rezydujących w Farewell. Nikt nie wie, dlaczego Gnatożuje tolerują - ba, nawet chronią - tę szaloną wampirzycę. Muszą mieć w każdym razie jakieś powody...
Nieopodal parku znajdziemy ratusz, zbudowany w powszechnie znanym stylu; szary granit, toporne kolumny, wysokie schody i całe mnóstwo wyjątkowo paskudnych gargulców. Kilka skrzyżowań dalej mieści się imponujący, wielopiętrowy "szklany dom" - największy w mieście biurowiec, zwany również Bastylią, w całości należący do Technokracji. Naprzeciwko - co Technokratów musi bardzo denerwować - wyrasta gustownie rozplanowany kompleks kopulastych budynków, utrzymanych w jasnym, seledynowym kolorze. Mieści w sobie bibliotekę, studio nagrań, laboratoria oraz redakcję najpopularniejszej gazety w Farewell, "Today's News". Należy do Emily Spencer i nieoficjalnie bywa nazywany Green Baloons, z powodu dachów o sferycznych kształtach. Emily nie ma nic przeciwko tej nazwie, już dawno się do niej przyzwyczaiła.
Najpodlejsza dzielnica Farewell to tak zwany "Rynsztok". Tutaj właśnie siostra Veronica Carter prowadzi swoje schronisko dla bezdomnych, a także poradnię dla alkoholików i narkomanów. Trzeba być prawdziwym bohaterem, żeby wejść do "Rynsztoka", a co dopiero, żeby próbować go zmieniać! Wysiłki Veroniki to prawdziwa syzyfowa praca - wskutek polityki Technokratów bezdomnych wciąż przybywa, a dwóm miejscowych Kainitom - Pariasowi o imieniu Derek i niezbyt sympatycznemu Brujah - Juliusowi - bardzo zależy na utrzymaniu status quo. Na obrzeżach dzielnicy znajduje się zabytkowy kościół o zaśniedziałym dachu - miejsce pracy Veroniki oraz Węzęł. Medytowanie w tym miejscu może "naładować" maga pewną ilością Kwintesencji pochodzącej z żarliwych modlitw przychodzących tu od wieków ludzi. Ta Kwintesencja nie może być używana przez Technokratów oraz Nephandi; pewne trudności będą mieli też Wirtualni Adepci, chyba, że są bardzo religijni. Energia nie nadaje się do celów ofensywnych, natomiast bardzo dobrze służy celom twórczym.
Cafe "Silmarillon" to studencka knajpa nieopodal miejskiego kampusa, ulubione miejsce spotkań na neutralnym gruncie - nie tylko Magów, ale także wszelkich innych niezwykłych istot z Farewell. Istnieje niepisana zasada, że w "Silmarillonie" każdy może czuć się bezpieczny. Jest to więc rodzaj Elizjum w bardziej ogólnym rozumieniu. Pierwotnie nie zakładano tam żadnych zabezpieczeń przeciwko działaniom nadnaturalnym. Kilkadziesiąt lat funkcjonowania kafejki jako miejsca zebrań zrobiło jednak swoje - wszyscy są głęboko przekonani, że jeżeli ktoś złamie zasady "Elizjum", spotka go coś wyjątkowo nieprzyjemnego. I dlatego też najpewniej jest to prawda...Gdyby gracze popisali się głupotą i próbowali uskuteczniać tu jakąś Magię albo coś w tym guście, określenie efektów pozostawiam do dyspozycji MG.
Magowie Tradycji spotykają się zwykle w "Syriuszu", klubie połączonym z dyskoteką, również odwiedzanym głównie przez studentów. Nie przychodzą tam ze względu na jakiś zwyczaj, po prostu w "Syriuszu" jest tanie piwo i dobra muzyka. Poza tym Lloyd Dark pracuje tam ostatnio jako ochroniarz. W mieście istnieją dwie Fundacje: założona przez Porządek Hermesa Mandala oraz powstały właściwie spontanicznie Dom Wschodzącego Słońca.
Mandala mieści się w wielkiej rezydencji Emily Spencer, na przedmieściach i jest bardzo dobrze zabezpieczony Magią. Teoretycznie do Fundacji należą wszyscy Magowie z Farewell, ale w praktyce najczęściej przebywa tam Porządek Hermesa. Emily Spencer jest Diakonem Fundacji i oficjalną przywódczynią Magów; to ona podejmuje ostateczne decyzje w różnych ważnych sprawach, ona także reprezentuje miasto. Jej władzy nie można jednak nazwać absolutną; Emily jest bardziej prezydentem niż monarchą. Należy zwrócić uwagę na fakt, że wszyscy Magowie z Farewell są ze sobą na "ty". Nie ma tu miejsca na żadne tytuły i formalności, szacunek okazuje się raczej subtelnie.
W Mandali można znaleźć olbrzymią bibliotekę, małe studio nagrań i doskonale urządzone laboratorium. Pośrodku staroświeckiego, wypielęgnowanego ogrodu znajduje się murowana studnia, będąca zarazem Węzłem. Do grzecznego tonu należy zapytać o pozwolenie przed skorzystaniem z jego Kwintesencji. Nie dotyczy to Antona, Christophera, Lloyda i Veroniki - w końcu to oni wspólnie z Emily odkryli Węzeł i zbudowali tę studnię...
Dom Wschodzącego Słońca to zdumiewająca Fundacja. Jest otwarty dla wszystkich, nie posiada żadnej struktury organizacyjnej i obowiązują w nim tylko dwie zasady: nie zajmować łazienki Slidera (na parterze) i żyć w zgodzie z resztą mieszkańców. Obecnie stałymi lokatorami Domu Wschodzącego Słońca są Lloyd, Gabi, Slider oraz Eunice. Veronika odwiedza ich regularnie i zazwyczaj przygotowuje posiłki. Do częstych gości należą także Lucy i Eithne. Jeżeli ktoś chce przewaletować - nie ma problemu, willa jest duża. Na bieżąco zmieści się w niej do sześciu dodatkowych osób, a jakby trochę posprzątać, może nawet więcej. W Domu Wschodzącego Słońca panuje idealna komuna. Pieniądze na jedzenie oraz podstawowe potrzeby daje zwykle ten, kto je akurat ma. Naczynia zmywa się na zmianę. Do sprzątania zazwyczaj zabiera się bardzo zniecierpliwiona Veronica, reszcie robi się głupio i zaczynają jej pomagać.
W ogrodzie rośnie kilka starych jabłoni, które jesienią owocują małymi, cierpkimi jabłuszkami. Niektóre z nich to Hausty. Veronica zbiera je cierpliwie i przerabia na pełne Kwintesencji konfitury owocowe. Ich zapas mieści się w piwnicy. Nie jest zbyt duży i może służyć jako awaryjne źródło energii. Niedawno Veronica postanowiła podnieść jakość tego "Węzła", sadząc przed domem młodą kosztelę, sprowadzoną z Europy. Grządki i rabatki tuż obok również powstały z jej inicjatywy. Oprócz konfitur, w piwnicy znajduje się Homer, trinarny komputer Slidera, złożony z nieprawdopodobnej mieszaniny części wyprodukowanych na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Wciąż jest ulepszany i rozbudowywany, przez co osiągnął już wielkość sporej szafy. Pod względem możliwości można go porównać z najnowszymi komputerami Technokracji - jednak pod względem sposobu działania Homer nie ma sobie równych. Posiada mianowicie sztuczną inteligencję oraz własną osobowość, dosyć pokręconą i raczej złośliwą. W jaki sposób Slider uzyskał takie efekty...? Ano, bardzo prosto - stworzył Homera opierając się na swojej intuicji, następnie podłączył go do prądu i polecił Lloydowi solidnie kopnąć maszynę. Zadziałało. I działa do tej pory, chyba tylko na słowo honoru, jak twierdzi Gabriel.
Slider jest też twórcą tutejszego magicznego systemu zabezpieczeń. W pracach pomagali mu Lloyd i Lucy.
Willa oficjalnie należy do Lloyda. Kupił ją za psie pieniądze od pewnego zamożnego właściciela fabryki, w początkach swojej bytności w Farewell. Ileż się nabiedził, zanim bogacz uznał dom za nawiedzony i zechciał go odsprzedać...!
Uwaga! Do Domu Wschodzącego Słońca nie można trafić po raz pierwszy bez zaproszenia! Ma on dosyć wysoką cechę Tajemniczości.
W Zachodniej Dzielnicy, nieopodal starego domu przeznaczonego do rozbiórki i dość niedaleko od Zielonej Dzielnicy (w której mieści się Dom Wschodzącego Słońca) rośnie gigantyczna, stara wierzba, promieniująca magiczną aurą. Jest to potężny Węzeł, odkryty niegdyś przez Kayę - stary dom obok był zresztą dawną rezydencją jej i Christophera. Wierzba udziela Haustów w postaci lśniących liści tylko trzem osobom: Lloydowi, Christopherowi i Veronice. Jeżeli ktoś spróbuje pobierać stamtąd Kwintesencję bez nadzoru któregoś z nich, jego umysł zostanie zaatakowany przez koszmarne wizje. Psychika niektórych osób może tego nie wytrzymać. Węzeł ten bywa nazywany Ostatnim Bastionem; jego zabezpieczenia zostały stworzone w początkowym okresie zaciętej walki z Technokracją i są praktycznie nie do złamania.
Oficjalnie jest ich dwunastu (wyłączając Technokratów), postanowiłam jednak opisać czternastu. Te dwie dodatkowe osoby to: Kaya, obecnie nieżyjąca (jej postać jest praktycznie legendą, więc MG powinien coś o niej wiedzieć) oraz sympatyczny Maruder Milo. Każdy z poniższych BN może dostarczyć wątku do przygody. Czy Preston posunie się zbyt daleko w swoich eksperymentach z Magią? Czy starzy wrogowie Christophera naprawdę o nim zapomnieli? A może Lloyd wciąż zmaga się z upiorami ze swojej mrocznej przeszłości?
Mistrz Gry powinien wprowadzić graczy w środowisko Farewell tak, aby szybko stali się jego częścią. Jeśli Przebudzili się dopiero niedawno, można uczynić tutejszych Magów ich Mentorami. Dobrym pomysłem jest też przyjazd graczy na zaproszenie któregoś z BN - na przykład zespół Gabriela potrzebuje nowego gitarzysty, Slider uskutecznia jakiś niezwykle śmiały projekt, do którego niezbędna będzie pomoc BG albo po prostu szykuje się święto, na które Magowie zaprosili kolegów z innego miasta. Najwięcej sympatii w graczach wzbudzą zapewne Eunice i Lloyd - niezależnie od postaci, jakie wybrali, gracze z oczywistych względów zazwyczaj odnoszą się pozytywnie do dziewcząt w bojówkach lub wysokich osobników w długich, czarnych płaszczach. Drużynowe kobiety polubią Gabriela oraz Slidera, pierwszego z nich za całokształt, drugiego dlatego, że jest sponiewierany, a przy tym wciąż dowcipny.
Bractwo Akashic: Eithne Rillan
Ochrzczona przez Eunice wziętym z serialu przezwiskiem "Sylia", Eithne jest osobą o pogodnym usposobieniu i stoickim nastawieniu do życia. Często zachowuje się podobnie, jak wielu filmowych "sensei", ale nie bywa przemądrzała, ponieważ wie, jak to denerwuje ludzi. Doskonała w walce wręcz (a szczególnie aikido) i niesamowicie wysportowana, nie popisuje się swoimi zdolnościami, okazując je tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Mimo znanej niechęci Bractwa Akashic do Eutanatosów, Eithne nigdy nie sprzecza się z Lloydem. Można nawet przypuszczać, że go lubi. "Sylia" była pierwszym nowym Magiem, który zjawił się w Farewell po Wojnie i to właściwie dzięki niej Lloyd odzyskał równowagę psychiczną, tym bardziej, że w pewien sposób przypominała mu samego siebie z lat młodości. W każdym razie Eithne Rillan to postać pomocna i nie wybijająca się z początku na pierwszy plan. Odegraj ją tak, aby nie zniechęciła graczy do siebie - w razie czego możesz później wymyślić epizod z nią w roli głównej, coś a'la "Legendy Kung Fu" czy "Strażnik Texasu", jako miły, prosty przerywnik w kampanii.
Eithne Rillan nosi dredy, ciemne okulary i jest podobna do Whoopi Goldberg. Mimo to jej angielski ma silny brytyjski akcent - "Sylia" wychowała się w Anglii. Po Przebudzeniu sporo podróżowała, aż w końcu osiedliła się w Farewell. Jej Avatar nie ma konkretnej postaci, objawia się w muzyce.
Niebiański Chór: Veronica Carter, "Siostrzyczka"
Siostra Veronica to najbardziej tolerancyjna i najmilsza zakonnica, z jaką ktokolwiek miał kiedykolwiek do czynienia. Jeżeli któryś z BG ubiera się w czarne skóry i nosi odwrócony pentagram, skwituje to zatroskanym spojrzeniem i postara się być tak opiekuńcza, jak tylko potrafi. Nic dziwnego - kilkadziesiąt lat stykania się z najdziwniejszymi zjawiskami każdego może wyleczyć z dewocji i uprzedzeń. W każdym razie Veronica jest uosobieniem dobroci; z własnej woli przygotowuje posiłki w Domu Wschodzącego Słońca i próbuje być dla wszystkich idealną matką. Jeśli gracz ma kłopoty lub wygląda na przygnębionego, zostanie poczęstowany herbatą bądź omletem i z całą pewnością usłyszy kilka ciepłych słów.
Poza Magią Veronica zajmuje się prowadzeniem przytułku dla bezdomnych.
Wszystko to sprawia, że łatwo nie docenić jej umiejętności - z całą pewnością nie jest przecież tak niezłomna, jak Lloyd, prawda...? Bzdura. Siostra Veronica również brała udział w Wojnie z Nephandi. Odznacza się wielką mocą i naprawdę sporą wytrzymałością psychiczną. Veronica Carter niemal od początku swojej kariery Maga przyjaźni się z Christopherem. Żywi do niego naprawdę gorące uczucia, ale prawdopodobnie nigdy nikomu tego nie wyzna.
"Siostrzyczka" jest nieduża i raczej pulchna. Zazwyczaj ubiera się w zakonny habit, więc jej długie, ciemnobrązowe włosy skrywa czepek (czy co tam noszą na głowie zakonnice). Ma piwne oczy i pucułowatą twarz. Wygląda na jakieś trzydzieści lat, naprawdę dobiega siedemdziesiątki. Jej Avatar to zielonoskrzydły anioł.
Kult Ekstazy: Gabriel/Gabrielle Shade, "Gabi"
Olśniewająco piękny, zarozumiały i bezczelny - tak pokrótce można by opisać Gabriela. W rzeczywistości jest dużo bardziej skomplikowany psychicznie, niż mogłoby się wydawać. Zacznijmy jednak od pozorów...
Wygląd Gabriela jest - delikatnie mówiąc - zmienny. W zależności od aktualnego humoru Gabi przybiera postać młodzieńca o nieco dziewczęcych rysach twarzy...lub na odwrót - wysokiej, szczupłej kobiety, przypominającej modelkę (ktoś kojarzy Harukę Tenou?). Wydaje się, że płeć nie ma dla niego żadnego znaczenia, tak, jak kolor włosów czy też kształt nosa, które - notabene - też lubi zmieniać. Jedyną stałą rzeczą w jego wyglądzie pozostaje mały niebieski tatuaż w kształcie łzy na lewym policzku. W każdej postaci zaś uwodzi ładne osoby...kobiety lub mężczyzn, wszystko jedno. Ponieważ zaś wszystkie wcielenia Gabriela posiadają element niedookreślenia co do płci, używana prze niego Magia może być uznana za przypadkową.
Hedonistyczny i pozornie beztroski Gabriel ma jednak swoje słabości. Po pierwsze, boi się w jakikolwiek sposób uszkodzić własne ciało. Wydaje się, że rany, a nawet zwykłe skaleczenia budzą w nim wstręt; nie mógłby znieść myśli, że będzie miał bliznę lub coś w tym rodzaju. Jeżeli zostanie zraniony, leczy się tak szybko, jak tylko potrafi. Ma na tyle silną wolę, aby w razie potrzeby stanąć do walki, ale jeśli nie musi, przekonuje do tego innych, maskując swój lęk udawanym lenistwem i egoizmem. Udawanym - bo tak naprawdę jego zarozumialstwo wynika z zaniżonego poczucia własnej wartości. W wieku czterdziestu lat (wygląda na dwadzieścia kilka) Gabriel ma za sobą kilka prób samobójstwa i dwa nieudane związki. Wygląda na uwodziciela, ale tak naprawdę to tylko poza - te dwie osoby były jedynymi, z którymi spał Jego pierwszy kochanek i zarazem Mentor, Jean, niemal złamał osobowość młodego Maga - pod "opieką" Mistrza Gabriel stał się praktycznie bezwolną marionetką. Po tym, jak Christopher prawie usmażył Jeana w pojedynku, a Lloyd dodał swoje trzy grosze za pomocą katany, Gabi odnalazł się na powrót w świecie. Drugi związek należał już do tych normalnych - dziewczyna nazywała się Susan i była kelnerką, ale zdradzała swojego kochanka z klientami, czego Mag - romantyk nie mógł znieść.
Gabriel bardzo potrzebuje akceptacji i jeśli już z kimś się wiąże, to na dobre i złe. Potrafi wybaczać, lecz jeśli jego uczucia zostaną zranione, bywa okrutny. Nie lubi wspominać o przeszłości, ale w portfelu nosi swoje zdjęcie z lat młodości - przedstawiające niezgrabnego, pryszczatego, szarowłosego nastolatka. Sam nie wie, czy to jest dla niego ostrzegawcze przypomnienie, czy próba zachowania własnej tożsamości...
Gabriel zarabia jako solista grającego w rozmaitych klubach zespołu rockowego "Neverland". Na co dzień mieszka w Domu Wschodzącego Słońca. Jego Avatar to naga, świetlista postać o nieokreślonej płci, spowita w chmurze białych, długich loków.
Mówcy Marzeń: Christopher Strider, "Strider", "Traveller", "Moonwalker"
Chris jest jednym z najdziwniejszych Mówców Marzeń, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi. Zacznijmy od pewnego zasługującego na uwagę faktu - Moonwalker (jak nazwała go Eunice) nie ma wiele wspólnego z indiańską bądź afrykańską mitologią. Owszem, przyjaźnił się z Indianami, ale filozofia, na której oparł swój Paradygmat pochodzi ze Starego Kontynentu i jest dosyć specyficzna. Otóż Chris - czyli Krzysztof - urodził się w średniowiecznej Polsce. Jako szósty syn ubogiego włościanina, wybrał zawód księdza. Nie upłynęło nawet kilka miesięcy od jego wyświęcenia, gdy w okolicy wybuchła zaraza. Walka z epidemią była z góry skazana na przegraną, mimo to Krzysztof starał się opanować sytuację, praktycznie przejmując inicjatywę. I właśnie wtedy nadeszła niespodziewana pomoc - we wsi pojawiła się tajemnicza zielarka Kaya, której leki były zadziwiająco skuteczne. W innych okolicznościach młody ksiądz prawdopodobnie patrzyłby krzywo na działalność uzdrowicielki, najpewniej wyznawczyni starych pogańskich bogów; wiedział jednak, że tym razem jego upór kosztowałby życie większości mieszkańców. Kaya i Krzysztof nawiązali więc współpracę. Zapewne domyślacie się już, że Kaya była Magiem, i to całkiem dobrym. Należała do tradycji Verbena i rzeczywiście wyznawała starych bogów, chociaż nikogo na nich nie nawracała - uznawała wiarę za sprawę osobistą. Był to jak na średniowiecze pogląd dość rewolucyjny - jednak nawet koleżanki po fachu uważały Kayę za oryginał.
Będąc świadkiem licznych cudownych uzdrowień i zdając sobie sprawę z tego, że zielarce może nie starczyć sił, aby pomóc wszystkim, Krzysztof Przebudził się zupełnie samodzielnie, w wyniku wieczornych modlitw i medytacji. Był więc - używając zwyczajowej terminologii - Sierotą. W owych czasach nie miało to jednak szczególnego znaczenia. W grę nie wchodziło rzecz jasna przyjęcie filozofii i Tradycji Kai, mimo to oboje zaprzyjaźnili się...dosyć blisko. Krzysztof nie dał się zwerbować przez żadne organizacje Magów związane z Kościołem. Zbyt wiele wiedział o ich zakulisowych działaniach od Kai. I tak przez kilka wieków pozostawał Magiem bez Tradycji. Do tego stopnia urósł w siłę, że niemożliwym stało się ignorowanie go. W końcu oboje narobili sobie tylu wrogów, że musieli opuścić kontynent. Gdzieś około 1750 roku przybyli do Ameryki. Nawiązali dosyć dobre kontakty z rdzenną ludnością, toteż wiele lat później, gdy zaczęła formować się Tradycja Mówców Marzeń, Krzysztofa uznano za "swojego". Kaya postanowiła pozostać przy Tradycji Verbena, twierdząc, że jest za stara na jakiekolwiek radykalne zmiany poglądów.
Na początku XX wieku oboje osiedlili się w końcu w przemysłowym mieście Farewell, jako pierwsi (po Lloydzie) miejscowi Magowie. Wściekłość miejscowych Technokratów nie miała granic, ale niewiele mogli z tym zrobić.
Obecnie Krzysztof mieszka w centrum i zarabia pisząc felietony do gazet pod pseudonimem "Traveller". Od śmierci Kai jest małomówny i zamknięty w sobie. Rzadko odwiedza Dom Wschodzącego Słońca czy też Mandalę Sprawia wrażenie człowieka o zupełnie złamanej duszy - niektórzy Magowie z Farewell, a szczególnie Porządek Hermesa uważają, że prawdopodobnie stracił dużą część swoich możliwości. Większość jednak wciąż żywi dla niego respekt. Przed Wojną, w której zginęła Kaya, Krzysztof był "wiecznym młodzieńcem", niepoprawnym romantykiem - w każdym pokoleniu angażował się w kolejne bunty, powstania i spiski służące dobrej sprawie. Dlatego właśnie miał na pieńku z połową świata - zawsze był w centrum historycznych wydarzeń, więc dosyć często udawało mu się komuś zaleźć za skórę. Anarchista z natury, do tej pory jak kot chodzi własnymi drogami. Gdyby chciał, mógłby przewodzić tutejszym Magom, ale nie przepada za władzą i problemami z nią związanymi.
Krzysztof już od dawna nie jest księdzem - wyklęła go Inkwizycja. Nie tęskni jednak szczególnie za kapłaństwem. Jego Paradygmat to mieszanina mistycznych wierzeń z całego świata, głównie Europy, z przewagą filozofii chrześcijańskiej w bardzo pierwotnym ujęciu. Avatar przemawia do niego w snach, za dnia objawia się zaś w formie wirującego wokół Krzysztofa tornada pełnego jesiennych liści.
Eutanatos: Lloyd Dark, "Asper"
Na pierwszy rzut oka Lloyd wygląda na ekstremalnie niebezpiecznego człowieka. Podobno pozory mylą; nie w tym przypadku. Lloyd Dark dawno już zarzucił swoją praktykę zabijania wszystkiego, co się rusza i nie pasuje do jego światopoglądu. Ma wyrzuty sumienia z powodu swoich dawnych czynów, uważa, że był wtedy młody i głupi. Co nie zmienia faktu, że w razie potrzeby potrafi bardzo sprawnie obcinać ludziom głowy oraz różne inne części ciała. W stosunku do swoich przyjaciół jest jednak wyjątkowo tolerancyjny. Ma też wielkie poczucie odpowiedzialności; bywa niezastąpiony jako sojusznik. Postępuje zgodnie ze zbliżonym do samurajskiego kodeksem honorowym.
Niegdysiejszy bezkompromisowy zabójca, samotnik z wyboru; obecnie człowiek żyjący zgodnie z normami moralnymi, otoczony przyjaciółmi - łatwiej zrozumieć Lloyda, jeżeli zna się jego historię. Lloyd Dark jest synem angielskiego oficera królewskiej marynarki wojennej, Roberta i młodej japońskiej gejszy o imieniu Hiroko. Urodził się pod koniec XIX wieku, na początku ery Meiji. Opuszczając Kraj Kwitnącej Wiśni, ojciec zabrał go razem z matką do Wielkiej Brytanii. Z dala od swojej ojczyzny Hiroko z dnia na dzień stawała się bledsza i coraz smutniejsza; nikła w oczach, ale ukrywała swój stan zdrowia przed mężem. Tylko mały Lloyd zdawał sobie sprawę z tego, że matka umiera.
Przebudził się w młodym wieku jedenastu lat, na pogrzebie matki, kiedy to zrozumiał nieuchronność śmierci oraz nietrwałość życia ludzkiego. Przez długi czas nie znalazł jednak nikogo sobie podobnego. Minęły cztery lata, podczas których sam musiał dawać sobie radę z własną odmiennością - podwójną, ponieważ jako pół - Japończyk nie był akceptowany wśród rówieśników. Azjaci stanowili wówczas sensację w europejskich miastach.
Lloyd uczęszczał do zwykłej angielskiej szkoły z internatem, podczas, gdy jego ojciec podróżował po świecie w służbie Królowej. Gdy chłopak skończył piętnaście lat, oficer JKM Robert Dark zabrał go ze sobą w pierwszą podróż. Lloyd przyjął to ze spokojem. Stoicyzm jak na piętnastolatka zaskakujący, zważywszy, że celem wyprawy była Japonia...
Tam właśnie Lloyd spotkał swojego pierwszego Mentora, pochodzącego z Tradycji Bractwa Akashic. Nauczyciel robił, co mógł, aby wpoić młodzieńcowi przekonania Bractwa. Z początku chłopak słuchał go uważnie, ale wkrótce stwierdził, że wszystko to są idealistyczne mrzonki. Prawdziwe życie nie jest pełne harmonii, wręcz przeciwnie - mroczne i pełne rozczarowań...
Lloyd nie znalazł swojego miejsca w Japonii. Tutaj również był obcy. Owszem, wyniósł pewne nauki z ojczyzny matki, ale nie mógł przyjąć w całości tutejszej filozofii. Jego pożegnanie z mistrzem było krótkie i chłodne. Wyjeżdżali razem z ojcem do Nowego Świata. Lloyd Dark miał już dwadzieścia lat. Oficerowi JKM Robertowi Dark nie było dane ujrzeć brzegu amerykańskiego kontynentu. Zmarł na udar mózgu dwa dni przed dotarciem do celu. Lloyd został w Nowym Jorku. Nie miał po co wracać do Anglii; okazało się zresztą, że w tym chaotycznym konglomeracie ras i narodowości po raz pierwszy w jego życiu nikt nie zwraca na niego uwagi. Wkrótce napotkał Inez, piękną Eutanatos o kreolskiej urodzie. Wreszcie miał dla kogo żyć...
Idylla trwała niespełna siedem lat. Lloyd nie domyślał się, że jego ukochana Mentorka wpadła w sidła Nephandi. Omotali ją tak perfekcyjnie, że zgodziła się przejść na ich stronę. Próbowała również przekonać swojego ucznia, okazał się jednak lepszym Eutanatos niż ona sama. Inez omal nie zginęła w pojedynku. Uciekła, przysięgając, że kiedyś powróci.
Oszalały z gniewu i poczucia winy Lloyd błąkał się po kraju, aż dotarł do miasta Farewell. Resztę już znacie...
Lloyd Dark wydaje się być spokojnym i zrównoważonym człowiekiem, w jego duszy tkwią jednak bolesne zadry. Eutanatos obwinia się za śmierć rodziców oraz za przejście Inez na "ciemną stronę". Nie mówiąc już o Mrocznej Wojnie (Lloyd przypuszcza, że tamtych Nephandi nasłała Inez). Tutaj, w Farewell nareszcie znalazł swoje miejsce - początkowy konflikt z Christoherem i Kayą przerodził się w przyjaźń, dzięki tej trójce powstała miejscowa społeczność Magów, nic dziwnego, że Lloyd oddałby życie za każdego z członków Fundacji (nawet Prestona, którego nie znosi). Śmierć Kai niemal zupełnie go załamała, ale praca nad nowymi Przebudzonymi sprawiła, że znów stał się sobą. Eutanatos ubiera się przeważnie na czarno, chociaż zdarza mu się dla odmiany nosić jasny płaszcz. Nigdy nie rozstaje się ze swoim mieczem (prawdziwą kataną) oraz rewolwerem. Na pierwszy rzut oka nie wygląda na Azjatę z powodu niezwykle wysokiego wzrostu; zresztą rysy twarzy także odziedziczył bardziej po tacie, niż po mamie. Jeździ na wielkim, czarnym motorze, dosyć dobrze zabezpieczonym przed działaniem Entropii. Pracuje jako ochroniarz w knajpie "Syriusz". Nałogowo pali i używa magii Życia, aby zabezpieczyć się przed negatywnymi skutkami tegoż. Z pozoru ma jakieś trzydzieści kilka lat. Avatar Lloyda to olbrzymi, poszarpany cień.
Synowie Eteru: Lucy Preis
Jeżeli zapytacie się, czy jest w Farewell jakiś Mag bez dramatycznego życiorysu i traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, odpowiem wam twierdząco: tak, to profesor biochemii Lucy Preis. Rozczaruję was jednak - Lucy raczej daleko od normalności. Od dzieciństwa była dziwakiem. Jako młody geniusz nie miała zbyt wielu przyjaciół, dlatego też dosyć wcześnie polubiła świat książek - bardziej, niż świat ludzi. Lucy Preis uczęszczała do podstawówki, następnie do liceum oraz college'u, z każdym rokiem pochłaniając coraz większe ilości literatury i na jej podstawie kształtując coraz dziwniejszy obraz rzeczywistości. Dostała się na studia z wynikiem najwyższym z możliwych, co raczej nikogo nie zdziwiło. Nauki przyrodnicze od dawna były jej pasją, a z wiekiem nie straciła zdolności ani zapału. Będąc już na uczelni, o dziwo, poznała przyjaciół - sobie podobnych ekscentryków, zafascynowanych nauką szaloną i heroiczną oraz wybitnymi jednostkami takimi, jak Karol Darwin, Ludwik Pasteur, czy też James D. Watson. Założyli oni Koło Młodych Naukowców - na jego spotkaniach odczytywali referaty, relacjonowali swoje eksperymenty, grywali w D&D i ogólnie dobrze się bawili. Profesor patronujący całemu przedsięwzięciu był Magiem - Synem Eteru. Bardzo szybko dostrzegł możliwości Lucy. W tym samym czasie dziewczyna zaczęła dochodzić do wniosku, że brakującym elementem łączącym wszystkie teorie wcale nie jest fizyka kwantowa. Zanim się spostrzegła, dostała do rąk kilka kilogramów zupełnie niezwykłych książek. Przeczytała je swoim zwyczajem w dwa dni i wtedy zrozumiała...
Obecnie profesor Lucy Preis wykłada na uniwersytecie w Farewell. Jest czołowym krajowym ekspertem w dziedzinie biochemii. Wysunęła kilka całkiem nieprawdopodobnych teorii, które okazały się być prawdą Tak przynajmniej przedstawia się sprawa w oczach laików. Magowie wiedzą, że tak naprawdę wymyśliła kilka niewiarygodnych teorii i bardzo dobrze je udowodniła, a więc stały się prawdą Poza salą wykładową jest osobą cichą, nieśmiałą i prawie bez przerwy zaczytaną; najczęściej odzywa się cytatami z książek. Może bez końca rozmawiać o literaturze. Pochłania książki, ale także książki pochłaniają ją; aktualnie czytana pozycja ma zwykle pewien wpływ na jej światopogląd, co odbija się w czynionej przez nią Magii. Jej laboratorium to prawdziwa dżungla, kryje w sobie tajemnice, których zapewne lepiej nie poznawać w obawie o własne zdrowie psychiczne. Ma też sporych rozmiarów biblioteczkę, w skład której wchodzi zarówno literatura naukowa, jak również książki okultystyczne, literarura popularna oraz podręczniki RPG.
Lucy Preis ma około trzydziestu pięciu lat, ale wygląda najwyżej na trzydzieści. Jest z pochodzenia pół - Żydówką, jej matka emigrowała z Polski w 1968 roku (Lucy biegle mówi po polsku, ale woli czytać po angielsku). Rodzice - archeolodzy oraz młodsza siostra Joanna - prawniczka - mieszkają w Chicago. Lucy nadal kontaktuje się ze swoim Mentorem, głównie przez Internet, co może być przyczynkiem do ułożenia przygody mającej miejsce w niezwykłym naukowym świecie. Jak mawia Lucy, Magia nie jest Nauką. To Nauka jest Magią.
Avatar Lucy objawia się jako książkowe olśnienie, co może tłumaczyć jej przywiązanie do wszelkiej maści literatury.
Wirtualni Adepci: Timmy Hawkins, "Slider"
Wygląda jak ostatnie nieszczęście; jest chudy, mizerny i nieporządnie ubrany; porusza się o kulach, chociaż właściwie powinien używać wózka inwalidzkiego. Daje sobie jednak radę z życiem dużo lepiej niż niektórzy jego koledzy z Fundacji. Timmy Hawkins, pieszczotliwie nazwany przez Eunice Sliderem to stuprocentowy rycerz, gotowy walczyć z całym światem - a także z ograniczeniami własnego, wątłego ciała.
Slider Przebudził się jako nastolatek, we wczesnych latach sześćdziesiątych. Był maniakiem wszelkich wynalazków i wielkim fanem CB-radia. Zaczytywał się w czasopismach technicznych, konstruował w garażu samochód i miał własną piracką rozgłośnię radiową. CB-radio było wtedy ówczesną namiastką Sieci - stosunkowo młoda i wciąż rozproszona Tradycja Wirtualnych Adeptów porozumiewała się wówczas za jego pomocą. Młody Timmy, samorodny geniusz techniczny trafił na używaną przez nich częstotliwość i godzinami słuchał ich dziwacznych rozmów. Dobrze wiedzieli o tym, że podsłuchuje, ale pozwalali mu na to, dostrzegając jego talent. Tak było do czasu, kiedy wytropiła go...Technokracja. Jak wiadomo, ich metody nie należą do najdelikatniejszych. Wracającego ze szkoły Timmy'ego złapano, potraktowano chloroformem i wrzucono do samochodu niczym worek kartofli. Dalsze postępowanie Technokratów przypominało to znane z "Roku 1984" Orwella. Stosując pranie mózgu, zamierzali zmusić Tima do Przebudzenia, które zniekształciliby na swój własny sposób. "Niestety", sprawy nieco wymknęły im się spod kontroli. Timmy faktycznie doznał olśnienia, gdy pokazano mu imponującą maszynerię Technokratów. Olśnienie było jednak dosyć specyficzne - zmaltretowany i wściekły młodzieniec nagle zaczął dostrzegać, co by tu się dało zepsuć...Trudno sobie wyobrazić chaos, jaki nastąpił kilka chwil później. Przebudzenie Tima było bardzo, ale to bardzo spektakularne.
W tym samym czasie na systemy zabezpieczeń Technokratów przypuściła szturm dobrze zorganizowana bojówka Magów z Farewell, okazjonalnie wspieranych przez Witrualnych Adeptów z innych miast (były to czasy, kiedy Adepci starali się udowodnić Radzie swoją przydatność, na krótko przed objęciem przez nich Tronu Korespondencji). Udało im się odbić Timmy'ego, a Technokracja długo nie mogła się pozbierać po tym wydarzeniu...
Kalectwo Slidera jest skutkiem potężnego wybuchu Paradoksu podczas Mrocznej Wojny. Timmy przez cały czas odczuwa przejmujące zimno; jego oczy są całkowicie zamarznięte; mięśnie i nerwy zaledwie połowicznie sprawne. Tak znacząca ułomność nie mogła pozostać bez wpływu na charakter Maga. Niegdyś pełny energii, kipiący mnóstwem niemożliwych do zrealizowania pomysłów, stał się człowiekiem cynicznym i zgorzkniałym. Ponieważ jednak nie można zmienić ludzkiej natury, w głębi duszy pozostał idealistą i rycerzem.
Czas nie uleczył jego ciała, ale dał mu możliwość pogodzenia się ze swoim losem. Ponadto, powstanie obejmującej cały glob Sieci ożywiło go na nowo. W Cyfrowej Pajęczynie Timmy jest prawdziwym superbohaterem; nie istnieją dla niego rzeczy niemożliwe.
Wybuchy złego humoru, z których słynął, stały się nieco rzadsze, odkąd do społeczności Magów Farewell dołączyła Eunice.
Odgrywając Slidera, pamiętaj, że nie jest on ofiarą losu i bardzo nie lubi, kiedy się go tak traktuje. Nie potrzebuje niańki, w większości spraw potrafi poradzić sobie sam. Należy pamiętać, że nawet będąc ułomnym, Slider posiada umiejętność czynienia Magii; w pewnym stopniu potrafi zastępować nią wzrok, nie mówiąc już o wzmacnianiu pozostałych zmysłów. Graczom powinien wydać się sympatyczny: zawsze cynicznie uśmiechnięty, o specyficznym poczuciu humoru, całkowicie sfiksowany na tle technicznych nowinek i gadżetów (trzeba przyznać, że jest w tym dobry - śledzi rozwój informatyki i elektroniki niemal od początku). Innymi słowy, klasyczny okaz młodego "geeka" (Timmy wygląda na niespełna dwadzieścia lat). Nie ma skłonności do pławienia się we własnym cierpieniu; prawdę mówiąc, można czasem odnieść wrażenie, że uważa swoje kalectwo za coś w rodzaju drobnej niedogodności. Skromnie ocenia własne możliwości, lecz jest to skromność fałszywa - w przypływach szczególnie dobrego nastroju Slider snuje zwariowane plany zniszczenia potęgi Microsoftu, obalenia Unii Technokratycznej, przejęcia największych serwisów informacyjnych itp., generalnie zawojowania całego świata. W złości bywa jednak naprawdę nieprzyjemny - nie wybucha otwarcie gniewem, swój zły humor manifestuje wyjątkowo kąśliwą ironią.
Timmy zarabia niezłe pieniądze na programowaniu. Swoje produkty sprzedaje przez Sieć, aby jak najmniej mieć do czynienia z wścibskimi urzędnikami (Niewidomy programista??? A to ciekawe...). Jego Avatar przybiera postać humanoida z płynnego metalu.
Verbena: Kaya
Zagadkowa, nieprzewidywalna, kierująca się trudnymi do zrozumienia motywami - pogańska czarownica Kaya była legendą pośród Magów zarówno Starego, jak i Nowego Świata. Trudno dokładnie opisać osobowość Kai - nawet Krzysztof nie mógłby powiedzieć, że udało mu się zgłębić jej charakter. Ci, którzy ją poznali, wypowiadają różne, nieraz sprzeczne opinie. Niektórzy zwracają uwagę na jej brak manier - Kaya z zasady nie używała tytułów (przez co wszyscy Magowie w Farewell do tej pory mówią sobie po imieniu...) i zwracała się z szacunkiem tylko do osób, które według niej zasługiwały na szacunek. Inni twierdzą, że miała nieco maruderskie poczucie humoru - w końcu rozsmarowanie ciastka na twarzy Adepta Porządku Hermesa za to, że zwrócił się do niej per "Mistrzyni" należy do raczej dziwacznych żartów. Uwielbiała mówić zagadkami i ci, którzy zrozumieli choćby niewielką ich część twierdzą, że niewielu mędrców mogłoby się z nią równać.
Z drugiej strony, nie wiadomo, czy zrozumieli je prawidłowo. Często sprawiała wrażenie kapryśnej, a nawet lekkomyślnej, podejmującej decyzje od niechcenia - później zazwyczaj okazywało się że były to trafne decyzje. Trudno stwierdzić, czy uważała ludzkość za jedyny sensowny powód istnienia, czy też za doskonałe poletko doświadczalne, w każdym razie nigdy nie zamierzała schronić się w Dziedzinach Horyzontalnych. Zapytana kiedyś o powody swojego postępowania, odrzekła "Dlaczego miałabym uciekać od rzeczywistości, którą chcę zrozumieć? W zasadzie, jest milutka." Wielcy Magowie do tej pory spierają się, czy uznać to za przejaw przyziemnego myślenia, czy też oświecenia; żaden z nich nie umiał też dojść do tego, co właściwie oznaczało dla niej słowo "milutka" (niektórzy twierdzą, że lepiej się nad tym nie zastanawiać...). Prawdopodobnie Kaya śmieje się z nich zza grobu. W każdym razie, jeżeli pragniesz stworzyć przygodę zawierającą jakąś starożytną zagadkę, mit lub artefakt - rozmaite drobiazgi, które pozostawiła na tym świecie ponad tysiącletnia Verbena stanowią doskonały pretekst. Osobą, która wprowadzi graczy w przygodę może być Chris. To jedyny człowiek na świecie, który zrozumiał Kayę chociaż w niewielkim stopniu. Spędzili ze sobą naprawdę dużo czasu. Swoją drogą pomyślcie, jak wielką stratą dla Krzysztofa była śmierć osoby związanej z nim przez dobrych kilkaset lat...
Kaya wyglądała raczej niepozornie - drobna, szczuplutka, o filigranowej figurze i delikatnych rysach twarzy, wydawała się mieć około piętnastu - szesnastu lat. Jej cechą charakterystyczną były intensywnie niebieskie oczy (Ułomność Paradoksu...? Tego nie wie nikt...). Ubierała się dosyć nieporządnie, najczęściej w luźne suknie i kiedy tylko mogła, nie nosiła obuwia. Długie, jasne włosy zaplatała w warkocz. Rzadko zmieniała swój wygląd, co nie znaczy, że była przywiązana do formy - raczej nie zwracała uwagi na formę. Jej Avatar miał postać gigantycznej, starej wierzby.
Magowie bez Tradycji: Eunice Wight, "Red XIII"
Historię Eunice oraz jej charakter znacie już z opowiadania, którym rozpoczęłam niniejszy tekst. Dlatego też nie będę rozpisywać się na ten temat. Tę postać odgrywa się dość prosto: gdyby Jubilee (z X-men) była punkiem i lubiła RPG, zachowywałaby się bardzo podobnie. Eunice zawsze nosi przy sobie kilka noży, w tym motylek, którym wymachuje w chwilach zagrożenia (rekwizyt do Entropii). Jej matka zajmuje się głównie oglądaniem oper mydlanych i nie zwraca uwagi na córkę; ojciec - handlowiec jeździ po świecie i jest święcie przekonany, że opieka nad dziećmi polega na opłacaniu ich nauki i okazjonalnego przysyłania kosztownych prezentów. Dlatego właśnie dziewczyna usamodzielniła się dosyć wcześnie. Obecnie mieszka głównie w Domu Wschodzącego Słońca. Magowie z Farewell praktycznie ją zaadoptowali. Między Sliderem, Gabim i Lloydem toczy się cicha rywalizacja o zwerbowanie Eunice do swojej Tradycji. Zainteresowana raczej nie spieszy się z podjęciem decyzji, a nauki pobiera od wszystkich naraz, co niewymownie irytuje Emily, która nie wie, jak właściwie traktować nowy nabytek w społeczności Farewell.
Istnieje spora szansa, że gracze natychmiast przemianują Eunice na "Nanaki", szczególnie, jeżeli zobaczą jej Avatara (wielki, ognistogrzywy, czerwony lew). Możesz zresztą sam zacząć używać tego przezwiska, chociaż podpuszczenie graczy w tym celu da im więcej satysfakcji.
Porządek Hermesa: Emily Spencer
To zadziwiające, jakich karkołomnych akrobacji umysłowych potrafią dokonywać Śpiący tylko po to, aby udowodnić samym sobie, że iluzja, w której żyją, jest prawdą. W obecności Emily zdecydowanie osiągają szczyty swoich możliwości w dziedzinie autosugestii. Przeciętny petent, wchodząc do gabinetu Emily Spencer III, najbogatszej damy Farewell, zaczyna czuć się nieswojo już na sam widok jej staroświeckiego gabinetu. Ciężkie, mahoniowe meble niemal skrywają się pod gąszczem egzotycznych doniczkowych roślin. Przyćmione, rozproszone światło sprawia, że cień jest wszędzie, a jednocześnie nic nie ma własnego cienia. Młoda kobieta, ubrana w gustowny komplet w kolorze zgaszonej czerwieni unosi głowę znad stosu tajemniczych pergaminów - to są faksy, oczywiście, to muszą być faksy! Odgarnia z czoła od niechcenia kasztanowy, falisty pukiel włosów i przygląda się klientowi z lekkim rozbawieniem w oczach. Po czym wita go wedle wszelkich zasad uprzejmości. Proszę usiąść. Kawa, herbata...?
Niepokój mija, ale ziarno zostało już zasiane. Wszyscy ci ludzie sukcesu, zazwyczaj tacy agresywni i bezkompromisowi w interesach, pozbawieni skrupułów i zawsze pewni siebie, w obecności Emily Spencer stają się potulni jak baranki. Tym bardziej, że każdy docenia jej spryt i niewiarygodną intuicję. W świecie biznesu wszyscy wiedzą, że Emily jest przebiegła jak wąż, odważna niczym lew i szybka jak błyskawica, a ponadto zawsze dotrzymuje słowa - zarówno obiecując, jak i ostrzegając...
Emily Spencer zajmuje się głównie mediami. Prowadzi w tej kwestii dosyć rozsądną politykę, zaopatrując szarych obywateli w wystarczającą ilość taniej, głupawej rozrywki, aby móc zarobić i jeszcze utrzymać za to tzw. wysoką kulturę. Jeśli chodzi zaś o Magię, lubi rytuały i kabalistykę (jak większość Hermetyków), ale używa ich dyskretnie i z klasą - żadne wielkie kręgi z czarnymi świecami i ofiarnymi podrobami nie wchodzą w grę. Jej styl to amulety - kolczyki, karteczki z zaklęciami (sposób zapożyczony od kapłanów shinto), śpiewane półgłosem uroki, malutkie znaki malowane kredą, tuszem, lub po prostu wydrapywane paznokciem na różnych przedmiotach...a także faksy. Z beznadziejnie wielką ilością Magicznych wzorów, słów i liczb. Posiada także komplet wizytówek obdarzony małymi runami w formie znaków widocznych tylko w UV. Cóż, milionerzy miewają swoje małe kaprysy.
Psychika Emily jest bardziej skomplikowana, niż na to wygląda. Ta niezłomna kobieta, tytan pracy i wieczna wojowniczka tak naprawdę jest o krok od popadnięcia w szaleństwo. Od najmłodszych lat była skłonna przejmować na swoje barki wszelką odpowiedzialność; obecnie ma tak wielkie możliwości i wpływy, że czuje się współautorką każdego zwycięstwa tutejszych Magów...i główną winną każdej klęski. Wydarzenia Mrocznej Wojny niemal zupełnie załamały ją psychicznie, ale nie dała tego po sobie poznać - istniały przecież ważniejsze problemy niż jej depresja... Chyba jedyną osobą, która to zauważyła, była Veronica, przy której Emily raz ośmieliła się wypłakać.
Wydawałoby się, że całkowicie otrząsnęła się z tamtych przeżyć, ale gdzieś na samym dnie jej duszy czai się nieustanny niepokój. Mogą go zagłuszyć tylko kolejne sukcesy, co sprawia, że Emily pracuje dużo więcej, niż powinna. Każde niepowodzenie pogłębia ten stan.
Gracze muszą być naprawdę dobrymi obserwatorami, żeby zauważyć, ze coś jest nie w porządku. Emily nie denerwuje się, nie płacze, nie okazuje żadnych słabości. Czasem tylko mówi trochę za szybko albo z nieznanego powodu nagle milknie, są to jednak łatwe do przeoczenia objawy. Z pozoru jest niewzruszona, gotowa na wszystko i pozbawiona wad - istny chodzący ideał. Często zdarza się jej zachowywać autorytatywnie i wyniośle. Maska, którą przybiera, raczej nie przysporzy jej sympatii wśród graczy (a szczególnie graczek). Krzysztof i Veronica orientują się, że z ich koleżanką dzieje się coś niedobrego. Jak na ironię, Emily nigdy nie zwierzy się tym dwóm osobom. Po pierwsze, ma za sobą krótki romans z Krzysztofem (wykorzystała jego załamanie psychiczne po wojnie - to był bardzo toksyczny związek) i nadal go kocha. Po drugie, niedawno odkryła, że Veronica również żywi gorące uczucia do wiekowego Mówcy Marzeń.
Emily Spencer żyje więc na krawędzi. Nie przesadzajmy jednak - nie załamie się z byle powodu, w końcu przez ostatnich kilkadziesiąt lat była prezesem jednej z najbogatszych firm w okolicy (Śpiący naiwnie myślą, że to już trzecia pani Spencer z rzędu...). Sam zdecydujesz, jakie wydarzenia mogłyby pozbawić ją zdrowych zmysłów i jak to się będzie objawiało (szalony Mag - hmmm... pole do popisu...). Jej Avatar przypomina damę ze starożytnego Rzymu.
Titania Faraday
Urocza mulatka i femme fatale w każdym calu. Jest piękna, inteligentna i ma wspaniały głos. Śpiewa najtrudniejsze jazzowe kawałki z taką łatwością, jakby chodziło o "Wlazł kotek na płotek" Gra w szachy nie gorzej od Kasparowa. Potrafi równie swobodnie rozmawiać o stworzeniu świata, jak o teorii strun. Jest zresztą absolutnie zwichrowana na punkcie matematyki. Jeśli masz w drużynie gracza, który się na tym zna, lepiej doucz się przed sesją na tyle, żeby móc rzucić odpowiednim hasłem we właściwym momencie.
Titania zaczynała jako aktorka i trzeba przyznać, że gra doskonale. Nigdy nie można być pewnym, jakie naprawdę ma intencje. Czytanie jej myśli za pomocą sfery Umysłu wprawi tylko w zakłopotanie pechowego użytkownika, który dostrzeże tylko całą gmatwaninę matematycznych wzorów i nieco skłębionych, nie dających się rozszyfrować myśli.
Dziwne? Nieprawdopodobne? Rozwiązanie skomplikowanego równania, jakim jest charakter Titanii brzmi przerażająco. Młoda piosenkarka nie ma zwykłych myśli ani uczuć. Normalne ludzkie relacje są dla niej czymś abstrakcyjnym. Titania rozumuje cyfrowo - wszystko jest dla niej wzorem lub da się przełożyć na wartość liczbową. Jej zachowanie to wypadkowa różnych procesów obliczeniowych. Wszystkie przejawy posiadania normalnej osobowości to tylko znakomita gra - Titania wyliczyła, że tak trzeba postępować. Co nie oznacza, że nie istnieją dla niej emocje - harmonijna muzyka oraz doskonale symetryczne obiekty wprawiają ją w radość (dają się łatwo przełożyć na wzory), chaos zaś irytuje. Gracze nie zgłębią samodzielnie sposobu myślenia Titanii, ale na pewno zauważą drobne dziwactwa w jej zachowaniu: obsesyjne zamiłowanie do porządku i punktualności, skłonność do zapamiętywania wszelkich dat i liczb, fascynacja rozmaitymi konstrukcjami itp. Ci, którzy znają się trochę na muzyce dostrzegą, że jej jazz jest zbyt harmonijny - Titania co prawda improwizuje, jak trzeba, ale te improwizacje są trochę za precyzyjnie wyliczone. Tak naprawdę muzyka to dla niej zabawa ciągiem liczb. Jedno z jej hobby - kolekcjonowanie kryształowych, szklanych itp. kul zostanie zapewne odczytane jako typowe dla Zakonu Hermesa zamiłowanie do tradycyjnych rekwizytów. W rzeczywistości Titania uwielbia kule jako obiekty matematycznie doskonałe. Zazwyczaj nie może powstrzymać się od gładzenia ich z czułością.
Titania Faraday lubi też uwodzić mężczyzn, co jest częścią projektu zrozumienia ludzkiej osobowości poprzez wyliczenie jej.
Możesz swobodnie określić młodą Hermetyczkę jako osobę całkowicie nieprzewidywalną. Obecnie praktykuje taki, a nie inny wzór zachowania, ale zawsze może dojść do wniosku, że czas go zmienić Nie przywiązuje się do ludzi, nie będzie więc wierna żadnej grupie, do której zdecyduje się przynależeć. Emocjonalny szantaż wobec niej nigdy nie skutkuje. Jedyną osobą, którą Titania postrzega jako coś więcej niż zbiór danych jest jej Mentorka Emily Spencer i tylko ona zresztą zna prawdę o osobowości swojej uczennicy.
Titania Przebudziła się w potworny sposób - była ofiarą zbiorowego gwałtu. W eksplozji Dzikiej Magii przeistoczyła swoich napastników w krwawą pulpę. Obryzgana krwią, dotarła na posterunek policji. Następny rok spędziła w szpitalu psychiatrycznym, w stanie całkowitej katatonii. Wtedy właśnie odnalazła ją Emily, która wciąż nie może sobie darować, że nie dotarła do dziewczyny wcześniej (tak naprawdę odpowiedzialni za to są Technokraci, którzy właśnie wtedy wypróbowywali nowe metody zakłócania Magii). Rozmaite próby przywrócenia Titanii do normalnego świata nie przynosiły efektów, dopóki Emily nie dowiedziała się, że dziewczyna kiedyś interesowała się szachami. Podczas następnej wizyty przyniosła więc planszę... Terapia Titanii trwał kilka miesięcy i zakończyła się - dla Śpiacych - pełnym sukcesem. Emily wie jednak, że obecna osobowość piosenkarki to tylko proteza. Titania Faraday jest prawdziwą mistrzynią Kabały (ciekawe, dlaczego...?). Pozostaje w raczej poprawnych relacjach z resztą Magów, za wyjątkiem Lucy. Pani Preis żywi do niej niechęć, od kiedy Titania przeczytała jej pracę, komentując na głos wszystkie obliczenia i znajdując dwie nieścisłości w zaokrągleniach liczb. Była przy tym raczej daleka od złośliwości, ale Lucy zrozumiała to inaczej, tym bardziej, że właśnie czytała wyjątkowo depresyjną lekturę.
Titania wygląda na dwadzieścia pięć lat i tyle też ma. Jej Avatar wygląda jak wielka, złota kula.
Preston Johns
Do niedawna był przeciętnym maklerem giełdowym, odżywiającym się głównie kawą, ubierającym się w garnitur - uniform, śpiącym trzy godziny na dobę. Przejawiał jednak intuicję graniczącą z cudem, dzięki której szybko stał się znany wśród kolegów - maklerów jako "czarodziej Preston". Jego sława dotarła do Emily, która pomyślała, że warto by zdobyć ucznia praktycznie na terenie Technokratów. Zaczęła więc subtelnie wpływać na rzeczywistość dookoła Prestona, wzbogacając ją w różne, nieprawdopodobne wydarzenia. Młody makler rzucił kawę i papierosy, ale to nie pomogło. Postanowił zgłosić się do psychoanalityka, przedtem jednak spotkał Emily (Ach!!! To Pani! Bardzo mi miło!), od której otrzymał kilka książek (Przeczytaj to, proszę. Sądzę, że znajdziesz w nich odpowiedzi na parę pytań.). Wkrótce doznał Przebudzenia.
Obecnie przychodzi na giełdę nieuczesany, ze spinką do krawatu w kształcie amuletu. Dzięki nowo nabytym umiejętnościom nie musi tyle czasu spędzać na analizowaniu kursów. Czytuje więc wszelką dostępną literaturę okultystyczną. Nocą wertuje stare księgi i przeprowadza najdziwniejsze eksperymenty. Tak, jak wcześniej odmawiał przyjęcia do wiadomości istnienia jakichkolwiek zjawisk nadprzyrodzonych, teraz fascynuje się Magią, przejawiając zapał charakterystyczny dla młodego neofity. Denerwuje to nawet jego Mentorkę.
Preston nie ma szczególnie ciekawego charakteru, a przy tym jest niesłychanie irytujący. Uważa się za lepszego od innych młodych Magów - przecież pilnie studiuje pradawną wiedzę! Zachowuje się jak prymus - ulubieniec nauczycielki. Uspokaja się trochę przy Lucy - pani profesor lubi go gasić, wytykając błędy w rozumowaniu lub dokładnie przytaczając źródła, z których Preston bierze swoje mądrości.
Uwaga dla Mistrza Gry - w poszukiwaniu Mocy Preston może zejść na złą drogę. Chyba, że wcześniej zostanie przyhamowany w swoim zapale. Jest młody i głupi (dwadzieścia sześć lat, Przebudzony trzy lata temu) i tak go powinieneś odgrywać.
Avatar Prestona przybiera postać starego, baśniowego czarodzieja.
Anton Glenn
Jeśli kiedykolwiek mieliście nauczyciela - starszego, roztargnionego, miłego i lubianego przez was profesora, wyobraźcie go sobie, a dostaniecie dokładny obraz Antona Glenna. Chociaż prawdopodobnie wasz nauczyciel w żadnym stopniu nie przypominał Indianina.
Z zawodu historyk i antropolog, Anton jest nieśmiały i bardzo ostrożny w kontaktach z ludźmi. Lubi przesiadywać w bibliotece, boi się tłumów. Ze względu na swoje zamiłowanie do książek (głównie historycznych) znakomicie dogaduje się z Lucy, trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest takim maniakiem, jak ona. Trudno się domyślić, że ten cichy profesor pochodzi z brazylijskiej dżungli i jest prawdziwym mistrzem w sztuce przetrwania. Nie, nie każdy Indianin musi zaraz zostawać Mówcą Marzeń. Anton (prawdziwe imię Arasybo) Przebudził się poza rodzinną osadą, kształcony przez starego Maga, który dostrzegł w nim wielki talent. Jak można się jednak domyślać, do tej pory świadomie miesza techniki Zakonu Hermesa z rytuałami poznanymi w dzieciństwie.
Anton jest prawdziwą kopalnią wiedzy o rytuałach i okultyzmie, posiada rozległe wiadomości o mitologii wszelkich narodów. Gracze zapewne dowiedzą się tego od innych Magów (może od Lucy), ponieważ profesor nie lubi się przechwalać. Jest rzecz jasna dużo lepszym specjalistą w dziedzinie okultyzmu niż Preston, który zaśmieca sobie głowę masą niepotrzebnych i często błędnych informacji. Warto zdobyć sympatię profesora - dorównuje mądrością Gandalfowi i zawsze chętnie pomaga przyjaciołom.
Anton Glenn wygląda na blisko sześćdziesiąt lat, a liczy sobie około stu. Jego Avatar przypomina indiańskiego szamana (z Południowej Ameryki).
Maruderzy: Milo
Kto jest chudy, nieobliczalny, czasem odwiedza Farewell i dobrze się przy tym bawi? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Lloyd, ponieważ Milo bardzo rzadko ujawnia swoją obecność. Co nie przeszkadza mu wywoływać ogólnego zamieszania.
Z wyglądu Milo jest bardzo podobny do przeciętnego stracha na wróble. Poza tym uwielbia komiksy i pochodzi z Czech. Reszta danych na jego temat zaginęła lub nie ma żadnego sensu. Trudno opisać osobowość jakiegokolwiek Marudera, a Milo w szczególności. Można tylko próbować nakreślić jego najczęstsze zachowania. Jego ulubione zajęcie to robienie głupich dowcipów Tradycjom i Technokracji ("Dlaczego teleportowałem się do ścieków zamiast do Fundacji?! "Kto zeżarł mój obiad?" "Skąd się wzięła ta świnia na dachu?!"). Jeżeli dzieje się coś ciekawego, Milo ujawnia się i zaczyna brać czynny udział w wydarzeniach. W razie okazania mu sympatii, bardzo chętnie pomaga, z tym, że ma skłonności do dosłownego rozumienia poleceń. Rozmowy z Milo są bardzo ciekawe - zapytany o coś, zaczyna odpowiadać w zupełnie zwyczajny sposób, robi krótką przerwę i wtedy, gdy wszyscy myślą, że skończył, tak przekręca sens swojej wypowiedzi, że całość oznacza zupełnie co innego, niż na początku.
Przykłady:
"Milo, ile ty właściwie masz lat?!"
"Trzydzieści. (pauza). Albo sto trzydzieści. Albo dwieście trzydzieści, albo pięćset trzydzieści. W każdym razie coś trzydzieści."
"Milo, gdzie ty trzymasz te wszystkie komiksy?"
"W kieszeni. (pauza) Podręcznej podprzestrzennej. (pauza) Bardzo przydatna rzecz, zrobić ci taką?" (MG powinien ostrzec gracza, ze to nie jest dobry pomysł - Paradoks to nie problem dla Milo, ale dla BG jak najbardziej)
"Milo, czy umiałbyś wyleczyć jego oczy?"
"Hmm, trudno by było... (pauza) Tak same oczy, a reszty nie."
Itede, itepe...
Łatwo się zorientować, że Milo potrafi właściwie wszystko, no może poza wskrzeszaniem. Nie istnieje jednak niebezpieczeństwo zbytniego wykorzystywania go przez graczy, ponieważ Maruder nie omieszka ich powiadomić, że ma "złego brata", który "teraz bawi się klockami, ale może się obudzić", czyli po prostu rozdwojenie jaźni. "Mroczna strona" osobowości Milo jest naprawdę niebezpieczna, ale jeśli Maruder polubi graczy, zdąży oddalić się na czas, zanim "zły brat" przejmie kontrolę.
Milo nosi przy sobie chyba wszystkie numery swoich ulubionych komiksów (Spider-man, X-men, Spawn i kilka innych) w osobistej podręcznej podprzestrzeni (A masz pierwszy zeszyt "Fantastic Four?" Chyba nie. (pauza) Chwileczkę, już znalazłem.). Chowa tam także inne przedmioty i często praktykuje pewien kreskówkowy numer - wyciąganie rzeczy znikąd.
Milo jak dotąd spotkał tylko dwóch Magów ze społeczności Farewell. Ze Sliderem często rozmawia na Sieci pod ksywką CandyMan - Timmy ma go za kolejnego sympatycznego internetowego dowcipnisia. Lloyda poznał jeszcze przed wojną, kiedy Eutanatos był jeszcze "młodym gniewnym". Niechcący przeszkodził mu w polowaniu na Technokratę. Lloyd wziął go za sojusznika ofiary i zamierzył się na Marudera z mieczem. Milo zaś, nie zastanawiając się długo, zamienił napastnika w latarnię, siebie w psa i olał Lloyda - dosłownie. Po czym zniknął, zostawiając Eutanatosa w postaci latarni na dwadzieścia cztery godziny. Lloyd rzecz jasna do tej pory nikomu nie wspomniał o tym spotkaniu. Gdyby kiedyś ponownie ujrzał Milo...jego reakcja zależy od MG.
Maruder doskonale nadaje się na postać komiczną, ale jeśli planujesz poważniejszy scenariusz, trzymaj go z daleka od centrum wydarzeń.
To już wszyscy Magowie Tradycji z miasteczka Farewell. Każdy z nich może stać się osią scenariusza - i to więcej, niż raz. Przestrzegam przed zbyt pochopnym zabijaniem lub wpędzaniem ich w nieodwracalne szaleństwo, w końcu mogą się przydać wielokrotnie. Jeśli nie zdecydujecie się na prowadzenie kampanii w mieście Farewell, możecie niektórych BN włączyć do własnej. Technokratów pozostawiam wam, chyba, że namówicie mnie do napisania dalszego ciągu. Życzę przyjemnego Magowania.
No dobrze, to się nazywa etniczny miszmasz. Bractwo Akashic - Murzynka, Eutanatos - Azjata, Mówca Marzeń - Polak i Hermetyk - Indianin. A kto powiedział, że należy się trzymać stereotypów...?