Rozmiar tekstu

Mag: Przebudzenie

ogrd

 

Dało się słyszeć tylko mały zgrzyt, a później Zadun upadł na ziemię. Mały zgrzyt i idol Karub'a padł martwy. Jeden mały zgrzyt pękającej kości, a Karub został sam na świecie. Nie miał już przewodnika, nie miał już ojca nie miał już celu. Siadł na ziemi. Czarnej, jak jego skóra, ziemi przykrytej cieniutka warstwa jesiennych liści. Stary ogród, zaklęty w nieskończoności ze swymi drzewami, ławeczkami, klombami, ścieżkami i żeliwnymi ogrodzeniami wydawał się teraz straszny nawet dla wychowanego w nim Karub'a. Dla patrzącego z zewnątrz obserwatora musiał wyglądać wręcz przerażająco. Stare drzewa nie przepuszczały ani odrobiny światła, klomby zarośnięte były wszystkim za wyjątkiem kwiatów, błotniste alejki nie nadawały się do spacerowania. Poprzewracane, niegdyś służące do siedzenia kamienie leżały w wilgotnej trawie. Ogród umarł, umarł wraz z ogrodnikiem, który jak sam twierdził "po prostu kochał to miejsce". Kiedy przybywali tu magowie, aby odpocząć, aby jak mawiał Zadun, "zostawić bagaż wulgarności i skutki własnej pychy", nie mogli nadziwić się pięknem tegoż miejsca. Co będzie gdy przybędą teraz? Ciekawe kto przybędzie. W zimnym dotyku dłoni ojca Karub nie znalazł pocieszenia, a ostatnia wiadomość przelaną wprost do jego umysłu odczytać dało się tylko jako "ogród, duch, przyjaciel". Zadun nie mówił Karubowi w jaki sposób utrzymywał ogród w tak doskonałym stanie. Syn nie widział też nigdy ojca przy pracy, a jednak ogród istniał i był najpiękniejszym miejscem jakie można było sobie wyobrazić, tak przynajmniej mówili przybysze. Karub nigdy nie opuszczał tego miejsca.

 

Skołatana głowa młodego adepta nie potrafiła przyjąć takiej ilości myśli na raz. O bolące granice jego świadomości obijała się niepewność dynamicznie przechodząca w obawę. W obawę przed tym co będzie, w obawę przed zadaniem, które pozostawił mu ojciec, w obawę czy dobrze zrozumiał ojca czy pojął jego nauki. Z niecierpliwością i strachem jednocześnie oczekiwał na kolejnego gościa. Zadun w jakiś sposób potrafił selekcjonować tych, którym pozwalał wejść, jednak Karub tego nie umiał, nie została mu przekazana wiedza o funkcjonowaniu ogrodu, a i jego moc była zbyt mała, aby poradzić sobie z ewentualnym intruzem. Jeśli przybędzie szaman pewnie mu pomoże, zawsze potrafił z nimi rozmawiać, jednak jeśli przybędzie, jeden z tych, których ojciec nigdy nie wpuściłby do pamięci dziejów? Pochował ojca w miejscu gdzie ten zdecydował się odejść. Żal wypełniał jego serce jednak wiedział, że ojciec nie zostawiłby go samego gdyby nie był pewien, że już czas. Jak to on kiedyś powiedział "Wszystko wydarzy się we właściwym czasie, a śmierć jest tego czasu częścią". Kiedy Karub przypomniał sobie te słowa od razu poczuł się lepiej. Trzeba zobaczyć czy umarł cały ogród, pomyślał mając nadzieje, że to "właściwy" czas. Ruszył alejką. Błoto chlapało dookoła niego, jednak zauważył, że nie zostawia ono żadnych śladów na jego bosych stopach. Dotarło do niego, iż mimo braku słońca nie czuje zimna, a powiewy martwego wiatru widoczne na drzewach jego omijają. Szedł w stronę serca ogrodu, w stronę jeziora, które nigdy nie miało nazwy. Nigdy też nie była ona potrzebna, gdyż było to jedyne jezioro w ogrodzie. Szedł nie zważając na wyznaczone ścieżki, bijące go po twarzy bezlistne gałązki krzewów i twarde, suche trawy nie pozostawiały na jego ciele żadnych śladów.

 

Zaczął się nad tym zastanawiać kiedy zdał sobie sprawę, że nie kieruje się nad jezioro, a mija je po prawej. Dokąd szedł, chciał skierować się w stronę wody jednak jakaś siła pchała go ciągle na przód. Nie pozwalała zejść z obranego kierunku. Nie było to agresywne, odczuwał jednak nieodpartą chęć podążenia do określonego miejsca. Po chwili jezioro pozbawione okalających trzcin, po których zostały tylko kikuty, bez ptactwa niedawno licznie zamieszkującego jego szuwary, zaczęło wydawać się tak nieciekawe, iż żadna siła nie zmusiłaby go do zbliżenia się. Szedł dalej przed siebie, teraz już wiedział, a właściwie czuł, że ktoś lub cos go wzywa, że czeka na niego na końcu wędrówki. Musiał z kimś porozmawiać, potrzebował tego jak nigdy dotąd, nie znał odpowiedzi, nie był nawet pewien czy zna pytania. Fala gorąca przebiegła przez jego ciało, a jeśli to co go woła to intruz. Może jego ojciec nie umarł gdyż nadszedł jego czas, może coś mu w tym pomogło, może zgrzyt nie był odgłosem skręcanej kostki?

 

Bał się i pałał chęcią przeniknięcia tajemnicy, parł przed siebie starając się nie myśleć o celu. Wreszcie zobaczył dokąd zmierzał, zobaczył altankę na wzgórzu. Farba poodpadała, a dach trochę się przekrzywił po załamaniu się jednego z filarów, nadal jednak stała tam gdzie ostatnio, wśród jałowców, które jeszcze wczoraj stały dumne i wysokie.

 

Dzisiaj zostały przygięte do ziemi, a ich igły pożółkły i powoli opadały. W altance coś się poruszyło. Nie mógł z tej odległości stwierdzić co to było, jednak ruch był zauważalny. Rozpoczął, miał nadzieję, ostatni etap swojej wędrówki, zaczął wchodzić na wzgórze. Dochodząc do altanki usłyszał głos. "Wejdź dziecko", w glosie tym brzmiała pogarda i zniecierpliwienie. Wielokrotnie nazywany był dzieckiem przez szamanów, jednak w ich słowach brzmiał szacunek i przyjaźń. Wszedł do altanki. Na ławeczce siedział młody człowiek w ubraniu. Dlaczego on odgradza się od natury tymi materiałami? Czyż ojciec nie mówił, że należy przyjmować to co daje matka pełnią siebie, każdym oddechem, spojrzeniem, dotykiem, każdym porem swojej skóry? W ogrodzie, rzadko pojawiał się ktoś, kto chodził ubrany, a już na pewno nie tak szczelnie jak ten człowiek.

 

- Siadaj tubylcze - powiedział przybysz, a jego głos był władczy.

 

Karub usiadł i milczał. Był ciekaw co usłyszy, a człowiek o skórze koloru śmierci nie wyglądał na takiego, który chciałby usłyszeć pytania, raczej miał już gotowe odpowiedzi.

 

- Słyszałem o tym miejscu i wielokrotnie próbowałem tu dotrzeć, jednak nigdy mi się to nie udało. Ukrywaliście się jak szczury, ale widzę, że zmądrzeliście i postanowiliście podzielić się z innymi tym dobrodziejstwem. Dlaczego to takie zapuszczone? Słyszałem o pięknej krainie, a tymczasem wygląda to jak po ataku szarańczy. To tak witacie gości? - Karub siedział i słuchał, nie mógł uwierzyć w arogancję przybysza.
- Mam nadzieję, że weźmiecie się do roboty, bo kiedy przybędą tu inni z pewnością nie chcieliby spędzać tych kilku dni potrzebnych na pozbycie się paradoksu w takim otoczeniu. I ubierz się, znam ładniejsze widoki niż nagi, wymalowany, czarnoskóry dzieciak.

 

Karub rozpoczął medytację, umiejętność wpojona przez ojca zadziałała bezbłędnie. Spłynęły na niego wspomnienia przodków. Wszelkie obrazy i myśli związane z postawą prezentowaną przez przybysza, doświadczenia wieków. Wizja była inna od dotychczasowych, oczy Karub'a pozostały otwarte, nadal widział i słyszał mężczyznę, a jednocześnie jego umysł zalewany był obrazami z innego czasu i miejsca. Widział białych ludzi w czarnych szatach, przemawiających do czerwonoskórych braci, mówiących tonem nie znającym sprzeciwu, że ich ścieżki są złe. Widział statek, na którym w łańcuchach pracowali czarnoskórzy bracia schylający się pod świszczącym batem trzymanym przed ubranego. Czuł nienawiść i niemoc ludzi-peruk, kiedy padały ich drzewa dając miejsce na pola uprawiane za pomocą niezniszczalnych kamieni. Uczucie bezradności Montecuzomy na widok armaty wycelowanej w piramidy Tenochtitlan stało się jego uczuciem. Przybycie człowieka zwanego Cook do ziemi ojców i związane z tym potwierdzone przez czas obawy jego przodków stały się jego obawami. Odmowa pomocy dla braci Irokezów, kiedy biali szykowali się do ostatecznego ataku na plemiona z nimi zjednoczone jak i na nich samych. Odmowa ze strony tych, którzy mienili się sprzymierzeńcami, ze strony tych, którzy nadali przodkom nazwę Thyrsusów. Widział to wszystko patrząc na młodego człowieka, który siedział naprzeciwko i bezprawnie mówił co ma być zrobione. Karub wiedział, decyzja została podjęta.

 

- Czy Ty mnie w ogóle słuchasz? Rozumiesz co do Ciebie mówię? Dlaczego tępo się gapisz zamiast przystąpić do działania. - mina przybysza zmieniła się kiedy Karub powoli wstając przestał ukrywać uczucia i cała złość wieków upokorzeń zaczęła emanować z każdej komórki jego ciała.
- Zamilcz intruzie bez honoru, władający podwójnym językiem i noszący w sobie skazę zdrady. Wysłuchasz tego co mam do powiedzenia, a później stąd odejdziesz. Nie ma tu miejsca dla Ciebie i tobie podobnych. - Karub nie wiedział czy przybysz siedzi cicho z powodu szoku czy zadziałał na niego intuicyjnie magyą, nie dbał zresztą o to. Teraz liczyło się tylko wykrzyczeć złość wieków.
- Jestem Karub, syn Zaduna, wnuk Kubi i Dżanri. Mój ojciec zmarł dzisiaj, strażnik opuścił ogród. Według Ciebie jestem dzieckiem, według tradycji moich ludzi dziś kończę 14 cykl i staję się mężczyzną. Przez wieki mówiliście nam, że żyjemy źle. Wmawialiście nam, że wasze ścieżki są dobre, wkroczyliście ze swoją zaborczością do każdego zakątka ziemi. Wbiliście matce noże i rozdarliście jej ciało. Zabieracie jej krew i ścinacie jej włosy, powoli wyniszczacie ostatnich jej obrońców. Przychodzicie, aby wprowadzać swój porządek, a myślicie co innego niż mówicie. Nie szanujecie niczego, kochacie tylko samych siebie i nie znacie słów prawdy - na Karuba poczęła niczym wodospad spływać wiedza, chłonął ją i przelewał na swe wargi formując przekaz dla przybysza. Nie zastanawiał się skąd ona się bierze, wiedział że dowie się w swoim czasie, bo na wszystko przyjdzie czas.
- Nie ma tu dla was miejsca, nie pozwolimy wam wejść do ogrodu z waszym fałszem. Nie ma w was szacunku dla niewidzialnych braci i nie będziecie szanowani przez nich. Duchy przodków buntują się przeciwko Twojej obecności tutaj. Nie chcą Twoich prawd i Twojego porządku. Ja jestem strażnikiem tego miejsca tak jak był nim mój ojciec, a przed nim jego ojciec i ojciec ojca, tak jest od czasu kiedy nie istniały jeszcze tradycje, tak jest od czasu kiedy byliśmy jednością z Wiedźmami. Od czasu kiedy niewidzialny świat był jednością z rzeczywistym. Ogród istniał od zawsze i będzie istniał do końca, niezmieniony, niezniszczalny, wieczny i święty. Wynoś się z tego miejsca, jesteś spaczony, a twoja ideologia rani ten zakątek niewidzialnego świata. Ranisz źdźbła trawy, ziemie, drzewa, wody. Ranisz ptaki i zwierzęta, ranisz mnie. Dość tego, gniew wieków przemówił. Odejdź stąd i przekazuj wiadomość Tobie podobnym. A strach niech na zawsze pozostanie z Tobą, na zawsze mniej w pamięci moje słowa i naucz się, że nie jesteś władcą świata, a jego częścią. - Karub wyczerpany swoim wykrzyczanym przesłaniem padł na wilgotną glebę.

 

Kiedy podniósł głowę przybysza nie było. Wiedział, że nie posiadał mocy, aby się go pozbyć, wiedział, że ktoś lub coś mu pomogło, czuł się szczęśliwy.

 

"Jesteś gotowy, teraz mogę odejść w spokoju. Duch ogrodu uznał Cię za swojego przyjaciela, tak jak wcześniej mnie i wszystkich naszych przodków. Rozumiesz ścieżkę, swoje przeznacznie. Swoje błogosławieństwo i zarazem swoją klątwę. Będziesz dobrze bronił naszej spuścizny. Będziesz wiedział kiedy nadejdzie kolejny przybysz, będziesz wiedział czy pozwolić mu znaleźć ogród, gdyż Duch dał Ci moc zaglądania w serca". Głos ojca spokojnie przemawiał do niego podczas snu, w który zapadł. Przekazywał stare legendy i prawdy, uczył sztuk magicznych i medycyny ducha. Żegnał się. Gdy Karub, Gniew Wieków podniósł powieki, tuż przed swoimi oczyma zobaczył zielony liść trawy, powoli wspinający się ku wiecznie świecącemu tu słońcu. Usłyszał śpiew pierwszego ptaka. Ogród budził się do ponownego życia. Ogrodnik powrócił.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie  inkluz


Komentarz w tym Artykule
Musisz Zalogować się lub Zarejestrować aby wziąć udział w tej dyskusji.