Opublikowano
Marcin "Różyk" Różycki
W dobie wszechobecnych filmów o wampirach i wilkołakach, widzowie zapomnieli już o pozostałych nadnaturalnych istotach. Jest to bardzo wybiórcze podejście, ponieważ romantyczni twórcy, którzy nadali kształt obecnym we współczesnej kulturze „nadnaturalom”, opisywali ich o wiele więcej. Film "Ink" z 2009 roku stara się w kreatywny sposób opowiedzieć historię z udziałem mało znanych współczesnemu widzowi istot, jakimi są fae. Chociaż główni bohaterowie filmu nigdy nie zostali tak nazwani, to nie da się nie zauważyć inspiracji autorów tymi pochodzącymi z brytyjskiego folkloru istotami. Pytanie tylko czy za ćwierć miliona dolarów da się nakręcić bardzo nietypowy film o snach?
Pierwsze o czym należy pamiętać podczas seansu to fakt, że film jest quasi-amatorski. Twórcy dysponowali niewielkim jak na amerykańskie standardy budżetem, aktorzy sprawiają wrażenie graczy w Live Action Roleplaying, podobnie sytuacja ma się z rekwizytami czy kostiumami. Jednak coś w tym filmie potrafi zaintrygować i zaciekawić widza.
Już w trakcie pierwszych kilku scen zostajemy wciągnięci do ukrytego świata, w którym Gawędziarze i Zmory walczą o kontrolę nad ludzkimi snami. Jednak nie wszyscy mieszkańcy tej ukrytej rzeczywistości należą do jednej ze stron konfliktu. Niektórzy muszą nieźle się natrudzić by dołączyć do którejś frakcji i taką właśnie osobą jest tytułowy bohater Ink. Gdy go poznajemy, Ink jest obleczoną w szmaty karykaturą człowieka, która porywa duszę małej dziewczynki - Emmy, żeby dołączyć do Zmór. Porwanie okazuje się jednak pierwszym krokiem niemalże egzystencjalnej podróży po świecie marzeń. W międzyczasie Gawędziarze próbują uratować Emmę, a Zmory mamić ojca dziewczynki - Johna.
Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się banalna. Mamy do czynienia z typowym zastosowaniem kilku przeplatających się historii. Niestety po pierwszych kilkunastu minutach zauważyłem zasadniczy problem tego filmu - miejscami jest zbyt ambitny, lecz nie dla widza, tylko dla aktorów. Mówią bardzo cicho, czasami trudno zrozumieć o co im chodzi (polecam oglądanie z napisami), odbioru nie ułatwia też zbyt głośna muzyka w tle. Sama gra aktorska też kuleje. Wbrew pozorom, jedną z ciekawiej zagranych ról jest... mała dziewczynka. Działa na widza tak jak powinna, więc wzbudza sympatię i podświadomie zaczynamy wspierać postaci Emmy. Można powiedzieć, że autor scenariusza zastosował prawie każdy możliwy manewr, by zaciekawić widza. W tak skomplikowanym pod względem formy obrazie - nie dziwię się.
Mamy zatem ciekawą fabułę i kilka ciekawych postaci, jednak żeby to wszystko opowiedzieć należy wszystko ubrać w stosowny "obrazek". Niestety, podczas oglądania "Ink" miałem wspomnienia z innego "prawie profesjonalnego filmu" czyli "Tetsuo 3 - The Bullet Man". Film ten chciałem wyłączyć po 3 minutach, "Ink" natomiast zmęczył mnie dopiero po 40. Powodem tego jest nieciekawa scenografia. W niektórych momentach, wręcz chamsko widać, że to hala zdjęciowa lub atelier. Dodajmy do tego jeszcze miejscami zbędny "shaky cam", zbyt dynamiczny montaż czy błędy w montażu dźwięku.
Film mogę polecić zdecydowanie tym widzom, którzy przede wszystkim zwracają uwagę na fabułę. Historia opowiedziana w "Ink" jest prosta, wręcz schematyczna. W tym filmie chodzi jednak o to, jak jest opowiedziana. Twórcy starali się i to im wyszło. Stworzyli bardzo oryginalny jak na obecne czasy obraz, który potrafi zaciekawić samą formą.
W kwestii gier fabularnych powiem tyle - jeśli masz zamiar grać w "Changeling: the Lost" lub inny system czerpiący z mitu faerie, to „Ink” zdecydowanie polecam. Bezbłędnie wprowadza w klimat gier tego typu. Atmosferę snów i magiczne moce obu stron konfliktu idealnie można przenieść do odwiecznej walki pomiędzy Prawdziwymi Fae a odmieńcami. Pamiętajmy jednak, że ten film nie jest poradnikiem jak odgrywać odmieńca czy Możnego, jedynie pomaga zrozumieć jak bardzo ważna jest dla odmieńców ochrona snów i samych śniących. W końcu nikt, kto przeszedł przez piekło Arkadii i pozostał przy zdrowych zmysłach, nie życzyłby takiego losu komuś innemu.
OCENA:
3 Kleksy na 5





Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE MicrosoftInternetExplorer4
W dobie wszechobecnych filmów o wampirach i wilkołakach, widzowie zapomnieli już o pozostałych nadnaturalnych istotach. Jest to bardzo wybiórcze podejście, ponieważ romantyczni twórcy, którzy nadali kształt obecnym we współczesnej kulturze „nadnaturalom”, opisywali ich o wiele więcej. Film "Ink" z 2009 roku stara się w kreatywny sposób opowiedzieć historię z udziałem mało znanych współczesnemu widzowi istot, jakimi są fae. Chociaż główni bohaterowie filmu nigdy nie zostali tak nazwani, to nie da się nie zauważyć inspiracji autorów tymi pochodzącymi z brytyjskiego folkloru istotami. Pytanie tylko czy za ćwierć miliona dolarów da się nakręcić bardzo nietypowy film o snach?
Pierwsze o czym należy pamiętać podczas seansu to fakt, że film jest quasi-amatorski. Twórcy dysponowali niewielkim jak na amerykańskie standardy budżetem, aktorzy sprawiają wrażenie graczy w Live Action Roleplaying, podobnie sytuacja ma się z rekwizytami czy kostiumami. Jednak coś w tym filmie potrafi zaintrygować i zaciekawić widza.
Już w trakcie pierwszych kilku scen zostajemy wciągnięci do ukrytego świata, w którym Gawędziarze i Zmory walczą o kontrolę nad ludzkimi snami. Jednak nie wszyscy mieszkańcy tej ukrytej rzeczywistości należą do jednej ze stron konfliktu. Niektórzy muszą nieźle się natrudzić by dołączyć do którejś frakcji i taką właśnie osobą jest tytułowy bohater Ink. Gdy go poznajemy, Ink jest obleczoną w szmaty karykaturą człowieka, która porywa duszę małej dziewczynki - Emmy, żeby dołączyć do Zmór. Porwanie okazuje się jednak pierwszym krokiem niemalże egzystencjalnej podróży po świecie marzeń. W międzyczasie Gawędziarze próbują uratować Emmę, a Zmory mamić ojca dziewczynki - Johna.
Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się banalna. Mamy do czynienia z typowym zastosowaniem kilku przeplatających się historii. Niestety po pierwszych kilkunastu minutach zauważyłem zasadniczy problem tego filmu - miejscami jest zbyt ambitny, lecz nie dla widza, tylko dla aktorów. Mówią bardzo cicho, czasami trudno zrozumieć o co im chodzi (polecam oglądanie z napisami), odbioru nie ułatwia też zbyt głośna muzyka w tle. Sama gra aktorska też kuleje. Wbrew pozorom, jedną z ciekawiej zagranych ról jest... mała dziewczynka. Działa na widza tak jak powinna, więc wzbudza sympatię i podświadomie zaczynamy wspierać postaci Emmy. Można powiedzieć, że autor scenariusza zastosował prawie każdy możliwy manewr, by zaciekawić widza. W tak skomplikowanym pod względem formy obrazie - nie dziwię się.
Mamy zatem ciekawą fabułę i kilka ciekawych postaci, jednak żeby to wszystko opowiedzieć należy wszystko ubrać w stosowny "obrazek". Niestety, podczas oglądania "Ink" miałem wspomnienia z innego "prawie profesjonalnego filmu" czyli "Tetsuo 3 - The Bullet Man". Film ten chciałem wyłączyć po 3 minutach, "Ink" natomiast zmęczył mnie dopiero po 40. Powodem tego jest nieciekawa scenografia. W niektórych momentach, wręcz chamsko widać, że to hala zdjęciowa lub atelier. Dodajmy do tego jeszcze miejscami zbędny "shaky cam", zbyt dynamiczny montaż czy błędy w montażu dźwięku.
Film mogę polecić zdecydowanie tym widzom, którzy przede wszystkim zwracają uwagę na fabułę. Historia opowiedziana w "Ink" jest prosta, wręcz schematyczna. W tym filmie chodzi jednak o to, jak jest opowiedziana. Twórcy starali się i to im wyszło. Stworzyli bardzo oryginalny jak na obecne czasy obraz, który potrafi zaciekawić samą formą.
W kwestii gier fabularnych powiem tyle - jeśli masz zamiar grać w "Changeling: the Lost" lub inny system czerpiący z mitu faerie, to „Ink” zdecydowanie polecam. Bezbłędnie wprowadza w klimat gier tego typu. Atmosferę snów i magiczne moce obu stron konfliktu idealnie można przenieść do odwiecznej walki pomiędzy Prawdziwymi Fae a odmieńcami. Pamiętajmy jednak, że ten film nie jest poradnikiem jak odgrywać odmieńca czy Możnego, jedynie pomaga zrozumieć jak bardzo ważna jest dla odmieńców ochrona snów i samych śniących. W końcu nikt, kto przeszedł przez piekło Arkadii i pozostał przy zdrowych zmysłach, nie życzyłby takiego losu komuś innemu.
OCENA:
3 Kleksy na 5